Górski pech i górskie szczęście

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Górski pech i górskie szczęście

Post autor: Basia Z. »

Relacja subiektywna z wyjazdu na rumuńską i ukraińską Bukowinę, czyli "nie spać, zwiedzać, spacerować".

Jak to bywa już nie po raz pierwszy do ostatniej chwili nie było wiadome czy obóz organizowany przez BT PTTK "Wierchy"; w ogóle dojdzie do skutku, bo zależało to od ilości zgłoszonych uczestników. W końcu tydzień przed wyjazdem zdecydowałam się jechać przy zgłoszonych zaledwie czworgu uczestnikach oraz dwóch praktykantach i "Wierchy"; to zaakceptowały.
Wyjechaliśmy 15 sierpnia rano, większość grupy pochodziła z Katowic i okolic, byli to : Ala z Katowic, Bogusia z Tychów, Krzysiek z Bytomia, Grzesiek z Katowic i Idir z Paryża (kuzyn Krzyśka). W Tarnowie dosiadała się Ania, która jest z okolic Nowego Sącza, chociaż studiuje w Lublinie i jest prezesem tamtejszego SKPB. Ania zabrała ze sobą gitarę, co było znakomitym pomysłem.
Granicę przekroczyliśmy tym razem szybko i już ok. 17 byliśmy we Lwowie, gdzie szybko zakupiliśmy bilety na dalsza trasę, a następnie udali się na świąteczną mszę do Katedry Polskiej na godz. 18.00.
O 21.30 odjeżdżał pociąg ze Lwowa do Czerniowiec, w wagonie panowała tradycyjna w tamtych kolejach "duchotka";, jak to określali ukraińscy współpasażerowie. Kiedy rano dotarliśmy do Czerniowiec od razu przejął naszą grupę pewien pan (nazwijmy to nieoględnie - przemytnik), który zaproponował przewiezienie przez granicę do Suczawy, dołączyły dwie niewielkie grupki Polaków, z którymi od razu znaleźliśmy wspólnych znajomych. W Suczawie, w powalającym upale zwiedziliśmy miasto, w tym dwa bardzo ciekawe monastyry. Potem dość szybko znaleźliśmy połączenie do Gura Humorului a z Paltimosy do Kaczyki złapaliśmy "stopa" w dwóch grupach stojąc na skrzyżowaniu dosłownie 5 min.
Nocleg w Domu Polskim w Kaczyce w bardzo luksusowych jak na nasze potrzeby warunkach pozwolił nam dobrze wypocząć po trudach podróży. Bardzo lubię to miejsce i gościnność tamtejszych Polaków.
Kolejnego dnia, to jest w niedzielę 17 sierpnia wreszcie wyruszyliśmy w góry, przechodząc z plecakami przez niezbyt wysoki ale ładny grzbiet do monastyru Humor.

Obrazek

Po zwiedzeniu tego pięknego zabytku złapaliśmy busa do kolejnej polskiej wsi - Pojana Mikuli, kierowca zawiózł nas do samego końca drogi, gdzie zaczynał się oznakowany "polskim"; sposobem szlak do Suczewicy.
Przy wieczornym ognisku miało miejsce bardzo niemiłe dla mnie wydarzenie. Wstając od ogniska przy padającej mżawce pośliznęłam się na mokrej trawie i bardzo mocno skręciłam nogę w kostce, tak że w pierwszym momencie nie wiedziałam nawet czy jej przypadkiem nie złamałam. Ale udało mi się lekko ją obciążając stanąć na niej. W każdym razie nasmarowawszy sobie nogę kremem przeciwbólowym poszłam spać, ale krem był mało skuteczny bo przez całą noc co chwilę budziłam się z bólu.
Rano nie było jednak wyjścia trzeba było iść dalej, bo nie było innej drogi do Suczewicy. Owinąwszy nogę mocno bandażem i założywszy na plecy swój ok. 20 kilogramowy plecak razem z całą grupą ruszyłam w drogę uprzedzając, że będę szła wolniej. Faktycznie przejście ok. 14 km i 400 m deniwelacji zajęło nam ok. 7 godz. ale zaciskając zęby i mocno wspierając się na kijkach doszłam do Suczewicy. Najgorsze były dla mnie strome zejścia. W Suczewicy szybko znaleźliśmy nocleg w ogródku u pewnej pani (z dostępnością łazienki) i stwierdziliśmy że trochę zmieniamy plany. Pierwotnie mieliśmy podjechać do Putnej a potem wracać górami, ale stwierdziłam, że z moją obolałą nogą nie dam rady, więc w obie strony pojedziemy. Tak jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy kolejnego dnia, rano zwiedzając jeszcze przepiękny monastyr w Suczewicy.

Obrazek

Obrazek

Potem równie piękny, chociaż całkiem inny monastyr w Putnej.

Obrazek

W Putnej szczególnie zachwyciło nas wszystkich co innego a mianowicie mała drewniana cerkiewka cmentarna, posiadająca klimat taki jak nasze skromne łemkowskie cerkwie (chociaż całkiem inny był kształt budynku).

Obrazek

Obrazek

Na koniec dnia zjedliśmy jeszcze dobry obiad w Radowcach.
Wieczorem w Suczewicy miało miejsce kolejne pechowe dla mnie wydarzenie. Kiedy położyłam się już do śpiwora zostawiając otwarty namiot, przyszedł do mnie miejscowy rudy kot i sku... wysiusiał mi się na śpiwór puchowy ! Czym to skutkuje nie muszę chyba tłumaczyć. Szybkie wycieranie śpiwora perfumowanymi chusteczkami niestety nie do końca mu pomogło.
Kolejnego dnia dalej postanowiłam pauzować aby oszczędzać nogę. Grupa z Anią i Krzyśkiem (praktykantami) podjechała stopem na przełęcz Czimurna w Obczynie Wielkiej i zeszła do Moldowicy pięknymi drogami wśród łąk i wspaniałych widoków, ja podjechałam sama, również stopem wprost do monastyru w Moldowicy. Po drodze pech prześladował tym razem Krzyśka, który poślizgnął się na końskim g... i upadł wkładając rękę i pożyczoną ode mnie mapę w kolejne, a plecak w jeszcze następne. Góra na której to się stało nosiła nomen omen nazwę "Koński Dział".
Po spotkaniu przed klasztorem i zwiedzeniu tego kolejnego przepięknego monastyru

Obrazek

Wsiedliśmy znowu razem w busa do Campulungu. Na mapie znaleźliśmy camping położony 4 km w głąb doliny, którą mieliśmy podchodzić kolejnego dnia i od razu na początku doliny zatrzymaliśmy stopa. Bardzo uprzejmy pan zawiózł najpierw chłopaków samochodem terenowym na camping a potem wrócił jeszcze po dziewczyny. Przy okazji chciałam pochwalić funkcjonowanie "stopa" w Rumunii, nigdy nie zdarzyło się nikomu z nas stać dłużej niż 15 min. a ludzie byli dla nas niezwykle uprzejmi.
Na campingu zanocowaliśmy w dwóch domkach w jednym dziewczyny, w drugim chłopaki, na początku mieliśmy nieco wyrzutów sumienia ze płacimy za dwa 2-osobowe domki a śpi nas 7 osób, ale w sąsiednim jednym domku spała 7-osobowa rumuńska rodzina, więc straciliśmy skrupuły.

(c.d.n.)

Pozdrowienia

Basia
Najlepszy na świecie kurs przewodnicki :)
http://www.skpg.gliwice.pl/kurs/
Awatar użytkownika
Mecenas

-#5
Posty: 519
Rejestracja: śr 09 sie, 2006
Lokalizacja: Chełmno/Toruń

Post autor: Mecenas »

Basiu, jakoś zawsze ciągnęło mnie w tamte strony i to nadal niezrealizowane dążenia... Twój fragment (na razie - liczę na więcej) fotorelacji zachęca, tylko jeśli to w ogóle pechowe miejsce dla Polaków? ;)

a swoją drogą - może to nie czas i miejsce, ale z jaka minimalnie sumą można zacząć myśleć o takiej wyprawie? Oczywiście - czysto orientacyjnie :)
Awatar użytkownika
Smolik

-#6
Posty: 1619
Rejestracja: pn 30 lip, 2007
Lokalizacja: Podhale

Post autor: Smolik »

Nie ukrywam ,że wycieczka w twoim towarzystwie była by dla mnie zaszczytem :) Bo pięknie jest czytać opowieści ze wschodu było nie było bardzo mi bliskich.Lubaczów :)
"Góry są środkiem, celem jest człowiek.
Nie chodzi o to aby wejść na szczyt, robi się to,
aby stać się kimś lepszym."
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

Mecenas pisze:Basiu, jakoś zawsze ciągnęło mnie w tamte strony i to nadal niezrealizowane dążenia... Twój fragment (na razie - liczę na więcej) fotorelacji zachęca, tylko jeśli to w ogóle pechowe miejsce dla Polaków? ;)
W następnych odcinkach będzie o szczęściu, ale czekam na zdjęcia od współuczestników wyjazdu, więc nie wiem kiedy będzie kolejny odcinek ;-)
Mecenas pisze: a swoją drogą - może to nie czas i miejsce, ale z jaka minimalnie sumą można zacząć myśleć o takiej wyprawie? Oczywiście - czysto orientacyjnie :)
Minimum na dwa tygodnie to plus minus 500-600 zł ( w tym jedzenie i dojazd). Oczywiście najwięcej zależy od tego na jakie noclegi sie nastawiamy, czy tylko namiot czy noclegi pod dachem.

Pozdrowienia

Basia
Najlepszy na świecie kurs przewodnicki :)
http://www.skpg.gliwice.pl/kurs/
Awatar użytkownika
Erynie

-#5
Posty: 507
Rejestracja: śr 26 kwie, 2006
Lokalizacja: Żywiec

Post autor: Erynie »

MIło było sobie przypomnieć dawno nieodwiedzane miejsca. Dzięki Basia. Pozdrawiam - Erynie.
Jeśli nie lubisz morświnów, to nie perforuj wiewiórek
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Re: Górski pech i górskie szczęście

Post autor: Basia Z. »

I kolejne zdjęcia tym razem autorstwa Krzyśka :

http://picasaweb.google.com/kravoll/Buk ... aIUkraiSka

Mamy razem ok. 2000 zdjęć.
Straszna jest ta fotografia cyfrowa 8)

B.
Najlepszy na świecie kurs przewodnicki :)
http://www.skpg.gliwice.pl/kurs/
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Re: Górski pech i górskie szczęście

Post autor: andy67 »

Basia Z. pisze:
Mamy razem ok. 2000 zdjęć.
Straszna jest ta fotografia cyfrowa 8)

B.
No fakt - a ile czasu człowiek przez to marnuje. Kiedyś robiłem w Tatrach mniej więcej 100 zdjęć tygodniowo i wydawało mi się to cholernie dużo, teraz zdarza się i 400-500 dziennie. I jeszcze pod koniec dnia trzeba nieraz pokasować parę wcześniejszych żeby coś jeszcze uchwycić.
To straszne 8)
Każdemu jego Everest...
Awatar użytkownika
Mecenas

-#5
Posty: 519
Rejestracja: śr 09 sie, 2006
Lokalizacja: Chełmno/Toruń

Post autor: Mecenas »

jest na to rada - powrót do analogów :)
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

(ciąg dalszy)

Kolejny dzień, a więc już w czwartek 21 sierpnia prawie cały dzień aż do ok. 16 zajęło nam podejście ok. 900 m do schroniska Cabana Pastorala pod Rarau. Po drodze zwiedziliśmy piękny klasztor z nową cerkwią.

Obrazek

Obrazek
(ten czerwony plecak to mój)


Za to sam szczyt Rarau mimo pięknych "Skał Księżniczki" napełniał obrzydzeniem ze względu na instalacje w jego pobliżu. Nigdy jeszcze w górach nie widziałam czegoś tak szkaradnego. Sielski pejzaż kontrastował z tym obrzydlistwem w sposób wyjątkowo rażący.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Schodząc wstąpiliśmy do bacówki kupić ser na kolejne śniadanie. Jej wnętrze zachwyciło szczególnie kursanta SKPG Krzyśka, który był w Rumunii pierwszy raz. To wszystko czego o tradycjach pasterskich uczy się na kursach przewodnickich jako o czymś co już odeszło w przeszłość można tu zobaczyć w naturze. A ser był niezwykle smaczny.

Obrazek

Obrazek

Po powrocie do schroniska miał miejsce niemiły incydent. Czekając na "cabaniera", który wciąż nie przybywał zajęliśmy dwa pokoje na parterze, w końcu jednak "cabanier" przybył w stanie mocno wskazującym na nadużycie pewnej substancji płynnej i od razu zrobił nam dziką awanturę dlaczego zajęliśmy dwa pokoje, skoro dla siedmiu osób należy się nam jeden. Stanowiło to bardzo niemiły zgrzyt. W końcu jednak "Mao", bo taką ksywę miał cabanier uspokoił się, my przenieśliśmy swoje graty do dwóch innych mniejszych, a wyznaczonych przez niego pokoi, zaś on wymagał od nas posprzątania słowami "klin cabana klin". Ugotowaliśmy wieczorną pulpę (zwaną przez SKPB Lublin glają) i kiedy właśnie ją jedliśmy do jadalni wlazł kolejny raz Mao mówiąc że ma dla nas niespodziankę. Na co pomyślałam niechętnie, że pewnie chce nas zaprosić na coś do picia, na co zupełnie nie miałam ochoty.

Tymczasem do pokoju weszła niespodzianka, czyli ... Kuba (wiadomo który). Tak mnie zaskoczył, że po prostu kompletnie zaniemówiłam (tym bardziej, że przedtem wysyłał mi SMS-em prognozy pogody i nawet nie wspomniał o tym, że zamierza do nas dołączyć). W efekcie zamiast spać do drugiej w nocy gadaliśmy z Kubą i z Anią (jego młodszą koleżanką z SKPB Lublin) o wszystkim w tym nawet o polityce.

Kolejny dzień, mimo bólu skręconej nogi był dla mnie osobiście najpiękniejszym dniem całego wyjazdu. Szliśmy leśnymi drogami w kierunku Giumalau, po drodze całą grupą zalegli na około godzinę w krzakach słodkich malin, cały czas chciało mi się coś śpiewać.

Obrazek

Potem wyszliśmy na połoninę z pięknym widokiem na Góry Bystrzyckie.

Obrazek

Niestety z powodu nieszczęsnej kostki wlokłam się cały czas z tyłu. W końcu około 17 dotarliśmy do schroniska Giumalau jednego z tych pięknych miejsc, które mają własną niepowtarzalną atmosferę. Poczęstowano nas przepyszną ziołowo-malinową herbatą (z miętą, dziurawcem, liśćmi poziomek i malin), a potem wyszliśmy bez plecaków obejrzeć zachód słońca ze szczytu Giumalau. Na szczycie było zimno, czekaliśmy dość długo aż wreszcie słońce zajdzie, ale doczekaliśmy się widoku o zachodzie na Góry Rodniańskie z Ineulem.

Obrazek

Obrazek

Wieczorem z naszego śpiewania pani prowadząca schronisko wychwyciła słowo "Bukowina" i poprosiła o przetłumaczenie piosenki na angielski. Była to "Bukowina I" a nasze tłumaczenie było bardzo nieskładne i toporne, ale pani powiedziała że piosenka jest piękna, i gdyby ją słuchała codziennie to by za każdym razem płakała. No ba ... ja znam te słowa mniej więcej od jakichś 30 lat i też uważam za najpiękniejszą piosenkę o górach. Wojtek Belon umiał napisać w kilku prostych słowach to co czuję ciągle poszukując swojej Bukowiny. Może na chwilkę, na ten jeden dzień, albo chociaż na kilka chwil tego dnia ją znalazłam :-).
Zaśpiewaliśmy "Bukowinę I" wspólnie jeszcze raz i wyszło nam wyjątkowo ładnie i składnie.
Teraz chyba już zawsze ta stara piosenka kojarzyć mi się będzie z tym niezwykłym miejscem.
Nie śpiewaliśmy jednak już "Bukowiny II", bo Kuba słusznie zauważył że wtedy przyszłoby nam tłumaczyć na angielski "dość wytoczyli bań próżnych przed domy kalecy" ;-)

Rano zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie przed schroniskiem.

Obrazek
To "załoga" schroniska wraz z naszą grupą.

Kolejnego dnia z powodu bolącej nogi znów zrezygnowałam z dłuższej wędrówki, Kuba z Anią przejęli grupę mając ją doprowadzić do Vatra Dornei, a ja z Bogusią, która miała lekkie kłopoty z kolanem zeszłam najkrótszą drogą do doliny. Po 5 kilometrach marszu złapałyśmy stopa do samego miasteczka, zwiedziły muzeum etnograficzne, poszły do kafejki internetowej.

Obrazek

Tymczasem reszta grupy zeszła do miasteczka zachwycona trasą (zazdrościłam im tego), a Kuba miał na zdjęciu autentyczne worynie (czego ja daremnie szukam od kilku lat).
Wieczorem na campingu w Vatra Dornej najpierw Kuba został bardzo zaskoczony tym, że ... zacytuję jego słowa "bilet do Kołomyi - 50 zł, marszrutka do Suczawy 10 $, zobaczyć suszarkę do włosów na obozie wędrownym w rumuńskich Karpatach - bezcenne".

Po kąpieli była skromna grupowa impreza i nawet uchodzący za abstynenta Kuba wypił troszkę piwa i wina (najlepsze było białe półsłodkie).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejny dzień był dniem przejazdowym. Najpierw długo czekaliśmy na autobus do Suczawy, w międzyczasie dzwoniłam do pana (przemytnika), który wozi turystów na trasie Suczawa - Czerniowce i umówiłam się z nim na nasz przejazd. Udało się go jeszcze namówić na zboczenie z trasy w celu zwiedzenia monastyru w Arbore.

Obrazek

A potem on sam jeszcze zaproponował cerkiew p.w. św. Mikołaja w Radowcach (romańsko-gotycka cerkiew, najstarsza na całej Bukowinie).

Obrazek

Tak że jeśli tak można to okreslić cerkwiami zostaliśmy nasyceni do głębi (no może tylko Kuba nie ;-) ).

Wieczorem w Czerniowcach znaleźliśmy nocleg za pośrednictwem parafii polskiej, a kolejnego dnia postanowiliśmy zwiedzić kirkut w Sadogórze i pałac tamtejszego słynnego cadyka. Pojechaliśmy miejskim autobusem i spędzili około 2 godz. chodząc po cmentarzu wśród wysokich traw i podziwiając niezwykle bogato rzeźbione macewy, jakich żadne z nas nie spotkało jeszcze w innym miejscu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Potem jeszcze bardzo zniszczony pałac cadyka w stylu mauretańskim.

Obrazek


Na zwiedzenie centrum Czerniowiec zostało zaledwie pół godziny o wiele za mało aby zobaczyć to przepiękne miasto choćby pobieżnie. Musimy tam wrócić !

Obrazek

Na dworcu autobusowym pożegnaliśmy się z Kubą, który wracał już do domu, a reszta grupy przeniosła się autobusem do Wyżnicy. Kilkanaście kilometrów od tego miasta w bukowińskiej części Beskidów Pokuckich znaleźliśmy wygodną kwaterę na przełęczy Nimczicz i tam zatrzymali się na trzy kolejne noce.

(c.d.n)

Pozdrowienia

Basia
Najlepszy na świecie kurs przewodnicki :)
http://www.skpg.gliwice.pl/kurs/
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

(dokończenie)


Dwa kolejne dni to były włóczęgi po takich górach jakie ja osobiscie kocham najbardziej – wśród lasów, łąk, kop siana, polnymi drogami pomiędzy płotami, z pochylonymi na rozdrożach kamiennymi krzyżami.


Wieczorny widok spod przełęczy, gdzie mieszkaliśmy:

Obrazek

No jak się to nazywa ? ;-)

Obrazek

Widok na Pisany Kamień:

Obrazek

Grzbiet Sokolski:

Obrazek

W dole Wyżnica:

Obrazek

Kwitnące wszędzie goryczki trojeściowe i dziewięćsiły (ale nie wiem czy bezłodygowe):

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Te górki z siecią jarów obejmuje Wyżnicki Park Narodowy:

Obrazek

W okolicach przełęczy znajduje się cały zespół wysokich na około 20-30 m skał piaskowcowych, najwyższych jakie udało mi się widzieć w Beskidach (bo przecież to też są Beskidy). Trochę przypominają "Skamieniałe Miasto" koło Ciężkowic, ale niektóre są wyższe niż Kamień Leski.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I znów widoki na rozrzucone po górskich zboczach osiedla huculskie:

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Schodziliśmy koło stanowiącego pomnik przyrody wodospadu i właśnie tam Ania pechowo wdepnęła w gniazdo os i użądliło ją pięć owadów, a ona ma na nie lekkie uczulenie. Na szczęście przeżyła tą nagłą napaść, chociaż napędziła nam wszystkim sporo strachu.

Obrazek

Obrazek

Następnego dnia poszlismy w Góry Pokuckie na drugim brzegu Czeremoszu a konkretnie na Grzbiet Sokolski - znów łąki wśród lasu zwane przez Hucułów carynkami, siano w kopkach, dalekie widoki na Czarnohorę i piaskowcowe skałki wśród lasu. A łąki tak ukwiecone, jak chyba nigdzie jeszcze nie widziałam.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I w oddali zamglony grzbiet Czarnohory (na ostatnim planie) :

Obrazek

Sokolskie skały i droga zerwana przez powódź, a teraz odbudowywana :

Obrazek

Pisany Kamień okazał się niestety niedostępny z powodu zerwania przez powódź prawie wszystkich mostów na Czeremoszu. Znów muszę tam powrócić. :-)
Ta wędrówka przez Grzbiet Sokolski wśród ukwieconych łąk, przez łany kwitnących szafirowych goryczek trojeściowych to było moje pożegnanie tego pięknego tegorocznego lata.

To co kocham najbardziej - góry, gdzie zbiera się siano :-) :-) :-)

Obrazek

W czwartek zaczął się nasz powrót do domu. Najpierw dwoma zatłoczonymi niemiłosiernie autobusami do Kosowa, tam zwiedzanie ciekawego hucuskiego muzeum etnograficznego z panią, która w pasjonujący sposób o nim opowiadała (po ukraińsku, ale tak, że wszyscy rozumieliśmy).

Obrazek

Potem - Kołomyja, kolejne bardzo miłe zaskoczenie - XVIII-wieczna drewniana huculska cerkiew znajdująca się obok dworca była otwarta !

Obrazek

Obrazek

Potem krótki spacer po miasteczku bardzo przypominającym nam Bochnię:

Obrazek

Tylko muzeum pisanek się wyróżnia:

Obrazek

Potem przejazd nocnym pociągiem do Lwowa (spałam jak zabita). Potem dwa dni zwiedzania tego pięknego miasta - Cmentarz Orląt, Cmentarz Łyczakowski, Skansen, centrum miasta z pięknymi świątyniami różnych wyznań, a wczoraj jeszcze unicka Katedra Świętego Jura i na sam koniec czynna Synagoga.

Zdjęcia już wszystkim znane, więc tylko jak "moje" obozowe dziewczyny utworzą galerię, to podam link.

No i dwie godziny oczekiwania na granicy i powrót z Przemyśla, gdzie w pociągu jeszcze raz śpiewaliśmy przy gitarze wszystkie "obozowe przeboje" - "Bukowinę I", "Pannę Beskidzką" i I i II, "Lematę" i wiele, wiele innych.
Kostka po dwóch tygodniach od skręcenia wciąż mnie jeszcze boli, muszę iść do lekarza, ale mam już pomysł na wyjazd w przyszłym roku :-)


Pozdrowienia

Basia
Najlepszy na świecie kurs przewodnicki :)
http://www.skpg.gliwice.pl/kurs/
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Strasznie sympatycznie się to czyta i ogląda. Dziekuję! :)
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
ODPOWIEDZ