Chciałabym przedstawić relację z kwietniowego wyjazdu do włoskiego kurortu narciarskiego- Livigno, położonego na wysokości 1816 m n.p.m. Wyjazd planowany mniej więcej od początku roku, lecz nie brałam w tym udziału. Zdecydowałam, ze jadę jakoś w okolicach marca. Nie byłam zbyt optymistycznie nastawiona, w Krakowie piękne słońce, a tam niska temperatura, można powiedzieć zima w pełni.. Jakoś zebrałam się w sobie, sama myśl o nartach, podnosiła mnie na duchu.. Z domu wyjechaliśmy 4 kwietnia o północy. GPS zakomunikował „ 1080 km do celu”, pomyślałam czy aby na pewno warto? W Cieszynie dołączyło do nas kilkunastu znajomych. Z Cieszyna skierowaliśmy się w stronę Wiednia, gdzie czekał na nas przyjaciel. Trasą przez Linz, Salzburg, Innsbruck dotarliśmy do Livigno. Była 14.40, późno, lecz takie są skutki podróży na kilka samochodów, chcąc nie chcąc zatrzymywaliśmy się parę razy na dłużej. Powitało nas zamarznięte jezioro wzdłuż drogi. Miasteczko znajdujące się zaraz za granica włoską. Pierwsze wrażenie nie było zbyt optymistyczne.. Mała stacja benzynowa, kilka domków i padający mokry śnieg. Wjechaliśmy do centrum, długa ulica, wypełniona sklepami, restauracjami, hotelami. Jakoś mniej więcej w połowie zaparkowaliśmy pod recepcją, otwartą od 15. Otrzymaliśmy klucze do domów, mapy. Nieustająco padający śnieg, psuł myśl, o udanej pogodzie, co do szczęścia było potrzebne. Nasz dom, ładny, wykończony drewnem, piękne widoki dookoła, stok kilkanaście metrów od domu. W środku bardzo ładnie (kuchnia, łazienka, sypialnia), duża przestrzeń. Dom podzielony na sześć apartamentów. W trzech mieszkali nasi znajomi, niestety nie było możliwości, aby wszyscy zamieszkali w jednym domu. Po krótkim odpoczynku , postanowiliśmy pójść na główną ulicę w Livigno, wokół której skupia się życie. Pogoda zaczęła się poprawiać. Do głównej ulicy mieliśmy niedaleko, można powiedzieć mieszkaliśmy w jej sąsiedztwie. Ulica wieczorem wygląda pięknie. Bardzo długa, robi wrażenie. Livigno to strefa wolnocłowa, wiec perfumy, alkohol, biżuteria, zegarki są w cenach przyzwoitych. Zdarzają się dobre okazje, oczywiście zależnie od potrzeb. Pochodziliśmy trochę po sklepach, marki typu Dolce& Gabbana , Chanel, Dior. Ceny naprawdę niskie, w porównaniu do dostępnych w Polsce. Po skromnych zakupach (w końcu jeszcze tydzień przed nami!),weszliśmy do restauracji cos zjeść. Spora róznica organizacyjna, wszystkie sklepy czynne mniej więcej do 19. Tak też po 19 zakupów nie zrobi, pozostaje restauracja, bądź brak pożywienia. Jeżeli chodzi o sklepowe jedzenie, to aby dobrze zjeść trzeba znać choć trochę włoski, bądź ich kuchnie. Jest naprawdę wiele produktów, lecz trzeba być chociaż trochę zorientowanym, eksperymenty nie zawsze dobrze robią. Następny dzień przywitał nas pięknym słońcem. Aż chciało się wyjść z domu. Stoki otwarte od 9, nie warto się śpieszyć, lepiej dotrwać do końca tygodnia niż ostatnie dni spędzić w pokoju. Garaż jest przechowalnią nart, bardzo komfortową. Przydzielone „szafki” dla każdego z pokoi, zamykane na klucz. Stok oddalony od domu o kilkanaście metrów, więc można zrobić sobie spacerek w butach narciarskich. Najbliżej domu mieliśmy trzy stoki położone w swoim sąsiedztwie. 4 osobowe krzesełko, dosyć krótkie, całkiem przyjemne i w sam raz na naukę jazdy. Gondolę, dłuższą, stwarzającą możliwość zjazdu z bardziej stromego stoku, lub przesiadki i wjazdu wyżej krzesełkiem. Pozostaje jeszcze orczyk, kończący się mniej więcej w Polowie krzesełka. Obok znajduje się również bardzo kolorowy „kids fun park” z dwoma małymi wzniesieniami do nauki jazdy i jednym do jazdy na sankach. Idąc w drugą stronę przejdziemy obok wielu orczyków, różnej długości, bez tłumów ludzi, w sam raz dla początkujących. Na początek skorzystałam z krzesełka, miałam wątpliwości, czy ja w ogóle jeszcze potrafię jeździć.. Różnice było widać od razu. W kolejce nie stałam, podjechałam i byłam na krzesełku, a w czasie zjazdu minęłam trzy osoby.. Nawet śnieg nie ten sam, dobrze przygotowany, choć na drogach plucha i śniegu niewiele. Nie ma to jak pierwszy zjazd, po świetnie przygotowanej trasie, w pięknym słońcu. Słońce faktycznie piękne, lecz wyszłam z założenia, ze jak słonce, to trzeba korzystać, bonie wiadomo, kiedy następny raz go zobaczę. Okulary i lekki krem były moją jedyną ochroną. Przed 17 zakończyłam jazdę, stoki czynne do 17, lecz i tak więcej wytrzymać się nie da.. Wyszliśmy na zakupy. Po powrocie do domu zobaczyłam swoja twarz. Coś strasznego, a w prezencie bąble pod oczami wypełnione płynem i wyrok „oparzenie”. Nie spałam całą noc, nie mówiąc o warstwie kremu, który miałam na sobie. Rano, wstałam koło 7, popatrzyłam przez okno i…. 40 cm świeżego śniegu. Szok! Tego się nie spodziewałam. No i oczywiście piękne słońce.. Aż chciało się wyjść z domu, choć z oparzeniem nie było najlepiej. Duże okulary zakrywające bąble i gruba warstwa kremu, nie przyjechałam tu siedzieć w pokoju! Postanowiliśmy się wybrać na tereny narciarskie po drugiej stronie- Monte Della Newe, Monte Sponda. Aby dojść pod wyciąg, trzeba przejść kawałek. Z butami narciarskimi, nartami wydaje on się dużo dłuższy. Droga prowadzi przez nieodśnieżany fragment, a przy padającym świeżym śniegu jest to sporym utrudnieniem. Jeszcze tylko schody pod wyciągiem i już.. Jeżeli chodzi o skipass, dwa razy w sezonie, w okresie grudnia i kwietnia jest on darmowy, dołączony do mieszkania. Obejmuje on trasy w Livigno, oprócz „fun park”, tam za wejście płaci się osobno. W sezonie 2007-2008 darmowy skipass przypadał od 30 listopada do 22 grudnia, oraz od 05 do 16 kwietnia. Znaleźliśmy się pod wyciągiem na „Mottolino” znajdującym się na wysokości 2402 m n.p.m. Z samego dołu prowadziła tam gondola z widokiem na całe Livigno, obok dużo krótszy orczyk. Po wyjeździe na „Mottolino” można zatrzymać się na bardzo przyjemnym tarasie z restauracją, bądź od razu wyjechać dwu osobowym krzesełkiem na Monte Della Neve. Krzesełko starsze, wolne i niezbyt wygodne, szczególnie przy silnym wietrze (prawie zawsze). Możliwy również postój w czasie jazdy. My postanowiliśmy posiedzieć chwilę na tarasie i wybrać się „staruszkiem” wyżej. Niestety szczęścia nie mieliśmy i zatrzymał się w połowie drogi na 10 minut. Cały wyjazd trwał 30 minut. Na szczęście jakoś przetrwaliśmy. Przez cały dzień jeździliśmy po wielu trasach w rejonie „Mottolino”. Po południu zjechaliśmy ze stoku i wróciliśmy do domu. Następnego dnia było lepiej. Oparzenie powoli zaczęło się goić, a twarz nabrała jednolitej opalenizny. A słoneczna pogoda towarzyszyła nam nadal, był już wtorek. Postanowiliśmy, ze pojeździmy na stokach kolo domu, lecz wybierzemy się wyżej. Na początek wyjeżdżamy nową gondolą, 8 osobową. Przesiadamy się na 2 osobowe krzesełko, którym trafiamy na Costaccia 2328 m n.p.m. Tam w restauracji zatrzymaliśmy się na bombardino. I postanowiliśmy, że jedziemy wyżej. 4 osobowym krzesełkiem wyjechaliśmy wyżej, zapieliśmy narty i zjechaliśmy pod inne, również 4 osobowe krzesełko. Wyjechaliśmy na gorę i zjechaliśmy jeszcze dalej. Teraz czekało nas krzesełko prowadzące na Vetta Blesaccia 2796 m n.p.m. Z Vetta Blesaccia skierowaliśmy się w dół, w kierunku gondoli na Carosello. Wjechaliśmy 6 osobową gondolą na 2797 m n.p.m. Tam piękne słońce aż prosiło się, aby tam zostać, ale my posiedzieliśmy pół godziny i postanowiliśmy kierować się w stronę domu. Byłam zachwycona warunkami panującymi na stokach, świetnie przygotowane trasy idealne, aby ćwiczyć technikę, a ludzi mało. Jazda była istną przyjemnością. Koło domu położyliśmy się na leżakach, lecz ja nie czułam się zmęczona, więc pojeździłam jeszcze trochę na przydomowym krzesełku. Krótki odpoczynek i trzeba było wyjść na miasto zjeść obiad i kupić cos na kolację oraz na codzienne wieczorne spotkania ze znajomymi. Następnego dnia wstać było trudno, siedzieliśmy do 2 w nocy. Zaczynał się kolejny dzień z pięknym słońcem. Oparzenie całkowicie się zagoiło, choć przez te kilka dni było z nim sporo problemów. Twarz nabrała ładnej brązowej opalenizny, a bąbli już nie było. Wieczorem postanowiliśmy, że dzisiaj wybierzemy się do Bormio. Nie tylko, aby pojeździć na nartach, ale również zobaczyć piękne, średniowieczne centrum. Dzień minął szybko i bardzo ciekawie. Bormio okazało się pięknym miasteczkiem z ciekawymi kościołami, pałacami. Trasy bardzo przyjazne, choć z większą ilością narciarzy. W czwartek pogoda zaczęła się psuć, słońce częściej chowało się za chmurami. Stwierdziliśmy, ze dziś wybierzemy się w rejony „Mottolino”. Tam spędziliśmy dzień do 14, pogoda nie była najgorsza. Lecz słońce w całej swej okazałości pokazywało się rzadko. Wróciliśmy do domu i wybraliśmy się na zakupy, aby kupić coś do Polski. Oczywiście wywożenie jest ograniczone i sprawdzane na granicach Szwajcarskich. Włoskie specjały bardzo zachęcały do kupna. Po przejściu wielu sklepów skierowaliśmy się w stronę domu, aby odnieść zakupy. Deszcz zaczynał padać. Później wybraliśmy się do restauracji. Czwartek jest jedynym dniem w tygodniu, gdy stok obok domu jest czynny wieczorem od 20 do 22. Skorzystaliśmy z tego i sami, w sześć osób jeździliśmy do 22. Piątek przywitał nas deszczem. Wszyscy zostali w domu, lecz ja po obietnicach złożonych koleżance wybrałam się z nią na stoki znajdujące się obok „naszego” domu. Jeździłyśmy przez 4 godziny, ale deszcz zmusił nas do powrotu. Z najbliższymi znajomymi stwierdziliśmy, że nie warto czekać z powrotem do Polski do soboty, skoro prognozy nie były optymistyczne. Wybraliśmy się na ostatni spacer po mieście i zakupy. Zjedliśmy pyszną lasagne i tiramisu i zaczęliśmy się pakować. Przy samochodzie spotkałam właściciela domu, który przez cały tydzień się do mnie uśmiechał i mówił „buongiorno!”, a tego dnia przywitał mnie ze szczerym uśmiechem mówiąc „dzień dobry!”. Miły akcent na koniec wyjazdu. Włożyliśmy rzeczy do samochodu i odjechaliśmy.. Żal było odjeżdżać. Prawie całą drogę padał deszcz. Nie zatrzymywaliśmy się do żadnej kontroli granicznej. Znajomi, którzy wyjechali dzień później mieli sprawdzane samochody przez Szwajcarów, a ponadto musieli jechać objazdem, spowodowanym dużymi opadami. Wyjechaliśmy o 14, a o 23.50 byliśmy w domu. Zakochałam się w Livigno, w tej atmosferze, ludziach. Tym jak tam się żyje, daleko od świata, bez mediów, telefonów. Po przyjeździe przezywa się kompletny szok, trudno wrócić do normalności. Czas, który szybko biegnie przybliża mnie do tej bajki.. Moja po raz kolejny zacznie się w kwietniu.. Czekam na kwiecień z utęsknieniem.
A teraz kilka zdjęć:
Postój w Austrii


Takim widokiem ze schodów "naszego" domu przywitało nas Livigno



A tak po nocnych opadach śniegu


Nasze "włoskie" domowe kolacje


Ostatnie zdjęcie z parkingu przed domem

Ostatnie spojrzenie na "Mottolino"...

... sklep w Livigno

Pożegnanie z Livigno.. Tuż przed granicą Szwajcarską.

Dziękuje temu, który zainspirował mnie do powstania tej relacji.
Pozdrawiam!


