Po całonocnych opadach mamy mieszane uczucia co do wyjścia z namiotów o wczesnej porze.
Postanawiamy jednak spróbować naszych sił w starciu z Weissnise-em.
Góra ta choć w hierarchi czterotysięcznej nie zajmuje zbyt zaszczytnej pozycji od pierwszego na nią
spojrrzenia urzekła mnie.Wspaniała sceneria lodowcowa bielą śniegu pokryta kusi swym majestatem.
Wybieramy drogę śnieżno-lodową poprzez pn.-zach. ścianę i dalej zach.granią.
Zimnym świtem przy blasku czołówek podążamy ku górnej stacji kolejki Hochsaas na skraj
lodowca Trift.Przy rozstępujących się mgłach staramy się znależć wejście w lodowiec.
Rozdzielamy się szukając śladów,przez co tracimy koło godz.
Przy wstającej zorzy wschodzacego słońca wchodzimy w końcu na lodowiec.Lawirując wśród szczelin i mostków lodowych
posuwamy się w górę lodowca.Sceneria nas otaczająca jest po prostu bajkowa.Dzika bezwzględna kraina śniegu i lodu.
Docieramy poza strefe szczelin by znależć się w strefie rażenia seraków przed którymi odłamami ostrzega książkowy przewodnik.
Raptem dwa zespoły są przed nami.
Alpejski świat surowy i zimny magnetyzuje zarazem swoim pięknem,być tu i teraz to uczucie trudne do sprecyzowania.
Gra światła i chmur sprawia ,że czuje się jak w nierealnym świecie,jedynie wysiłek w pokonaniu góry sprowadza nas
brutalnie ku rzeczywistości.
Stromą lodową ścianą posuwamy się do góry,aklimatyzacja działa, idzie się świetnie.Ponad ścianą przekraczamy
potężną szczelinę by wydostać się na zach.grań.Dla Marka droga przypomina bardzo wejście na Mount Blank ,dla mnie to
doświadczenie wspaniałe.Wielokroć patrząc na fotki z Weissmis-a wyobrażałem sobie jak zdobywam górę,cóż rzeczywistość
przechodzi wszelkie wyobrażenia.Wchodząc na Dom nie myślałem o szczycie skupiałem się na drodze,euforia przyszła po
zejściu.Tu jest inaczej ,delektuje się każdym metrem zdobywanej góry.
Dochodzimy pod kopułę szczytową czujemy ,że szczyt będzie nasz, bez względu na to ilu ludzi stanęło tam przed nami
mam wrażenie jak bym był pierwszym człowiekiem stawiającym kroki w nieznane.Omijając potężne nawisy dochodzimy do wierzchołka.
Drugi tego lata czterotysięcznik leży u naszych stóp.
Chciało by się aby ta chwila była wieczna i staje się nią dzięki obrazom wrytym w pamięć do końca życia.
Zdobywanie,chodzenie i przebywanie w górach wszelakich jest dla człowieka tarktującego je jak swego
rodzju filozofię , czymś mistycznym,pewną doktryną życiową pozwalającą egzystować w tym zwariowanym świecie.
Odskocznią od miałkich przyziemnych rzeczy z którymi borykamy się na codzień.Wiem ,że przyjdzie czas wrócić
do szarej rzeczywistości,ale będąc tu wysoko czy siedząc nad Kościeliskim Potokiem mamy możliwość współistnieć
ze światem w całej jego doskonałej prostocie.
Patrząc na dzieło Boskie leżące poniżej,chmury gnane wiatrem ,które przelewają się przez granie nadchodzi czas
refleksji,wyciszenia.Bo tak naprawdę odnajduje tu własne ego tłumione przez życia jazgot.
Ale czas w miejscu nie stoi,trzeba schodzić w dół,do naszych bliskich,do żony ,dzieci,obowiązków do tego
wszystkiego innego. Każde wyjście,każdy pobyt w górach sprawia ,że stajemy się nieco inni bliżsi drogi do wnętrza,niewidocznego organu duszą zwanego.
Żegnamy się z górami,schodząc ostrożnie przez strome trawersy,dochodzimy do rozmiękłego w słońcu lodowca
i jakoś nieśpiesznie ale uważnie lawirujemy wśród szczelin,niektóre skokami pokonując. To już koniec naszej tegorocznej
z Alpami przygody.Możemy sobie uścisnąć dłonie.Zegar tyka odliczając sekundy do następnej przygody.
Myślę,że nie zanudzałem zbytnio ale chciałem podzielić się wrażeniami z chwil wspaniałych jakie było dane mi przeżyć.
Ps:Szczyt ten mamie mojej dedykuję,żonie i córce, bo wiem ,że nie łatwo mą pasję zrozumieć.
Ps 2 : Dziękuję Kasi,Piotrkowi i Markowi za to,że w miłej atmosferze dni te było mi przeżyć.
Nasz dzisiejszy cel Weissmies (4023m)

Niebieski poranek

Kraina lodu ,śniegu i skał

Gdy każdy krok radość sprawia

Sierpniowa biel

Pod szczytem

Zdobywcy

Czasem słów brakuje

Ku rzeczywistości

Ostatnie chwile w świecie baśni

Do zobaczenia

Do zobaczyska gdzieś w górach.
Smolik






