Chciałabym napisać relację z ostatnich kilku dni, które spędziłam w górach wyjątkowo pięknych…ale jakoś nie wiem jak zacząć.
No dobrze, wszystko zaczęło się od tego że wraz z moim partnerem myślimy już od roku o wejściu na najmniejszą z Tre Cime.
Nigdy nie byłam w Sextener Dolomiten ale już co nieco słyszałam, Drei Zinnen, Tre Cime, ( jak to dobrze że tam dwujęzycznie, nie znam włoskiego), nieraz obiło mi się o uszy a i te baszty widziałam gdzieś w oknie reklamowym biura podróży. Mój partner uwielbia tę okolicę a ja zawsze uparcie twierdzę że nie ma gór piękniejszych od Tatr.
No i nadszedł ten dzień. Wsiadamy do auta, pakujemy Basię, moją byłą partnerkę, Sarenkę, moją córkę i pędzimy na południe. Jak zwykle jestem sceptyczna. Ależ to musi być komercja, myślę sobie i widzę oczyma wyobraźni zastępy „stonki” napierające pod te baszty. Pełnia sezonu.
Dowiaduję się że grozi nam nocleg w Auronzo, schronisku, do którego można dojechać autem. Jestem przerażona.
Na szczęście okazuje się że w Drei Zinnen Hütte są wolne miejsca.
Zostawiamy samochód na parkingu przed okupowanym Auronzo i grzejemy pod Baszty. Jeszcze nie wiem jak wyglądają na żywo ale wkrótce jestem na Patternsattel i wchodzę w zaczarowaną krainę. Od razu wiem że to miejsce pokocham i będę tu wracać.
Wiem że moimi zdjęciami nie wniosę nic nowego bo na ten temat zostało już chyba wszystko powiedziane, jednak ralacja bez fotografii była by nieco uboga.
A wiąc od teraz wszystko będzie kręciło się wokół tych trzech baszt.
Takimi ujrzałam je pierwszego wieczora.

Jednakże zanim położyliśmy się do łóżek w olbrzymiej, zbiorowej sypialni, weszliśmy na Toblinger Knoten, niewielką ale wytworną skałę.

Ponieważ przyjechaliśmy właściwie po to aby wyleźć na tę najmniejszą basztę, nie mamy ze sobą dokładnej mapy a jedynie pobieżny przewodnik spacerowy po okolicy z uwzględnieniem kilku ferrat ale akurat nie tej na Toblinger Knoten. I to jest przyczyną tego że wychodzimy na szczyt drogą zejściową a schodzimy…no wiadomo… odwrotnie. O tym że obydwie drogi się różnią dowiadujemy się natychmiast jak zaglądamy do żlebiku wyprowadzającego na szczyt. Ale nie zastanawiam się jeszcze nad zejściem stojąc na szczycie tej niezwykle eleganckiej skały. I jak się okazuje, wcale nie takiej małej, bo przecież ponad 2600 m.

Następnego dnia wybieramy się starą wojskową ścieżką na Patternkofel – Monte Paterno. Niezwykle piękna i urozmaicona droga. Po części w tunelu, po części ferratą wyprowadza nas eksponowaną ścieżką na szczyt.

Na mojej córce największe wrażenie robią stare, spróchniałe belki, pordzewiałe zasieki, nisze wykute w skałach oraz okienka strzelnicze. Takie spotkanie z przeszłością. W schronisku znajduje się książka opowiadająca o walce w tym rejonie. Czytamy, oglądamy stare zdjęcia żołnierzy chroniących się w okopach. W tych samych, które widzimy idąc na Schusterplatte.

Ze szczytu Patternkofel można ujrzeć takie dziwaczne formy, jak z filmów Disney’a. Prowadzi nimi ferrata i właśnie tam pójdziemy po zejściu na Gemsenscharte.

Jak już pisałam, nie mamy mapy, a ja tak bardzo chcę pójść dalej, choć nie mam pojęcia, dokąd ta droga prowadzi. Ludzi jak na lekarstwo ( w tym tak komercyjnym rejonie) ale w końcu ktoś schodzi z tej ferraty na przełęcz, więc pożyczam na chwilkę mapę i już wiem że tą drogą można dojść do Büllelejochhütte. A potem wrócić do Drei Zinnen Hutte.
Droga zejściowa z Patternkofel prowadzi tą wykutą w skale scieżką, przechodzi na drugą stroną grani i nietrudna ferratka, częściowo w tunelu, wyprowadza na Patternsattel.

Jednak nikt z nas nie chce jeszcze wracać do schroniska. Jest dopiero godzina 13.00. A więc idziemy dalej.

Ferrata wyprowadza nas na plateau, z którego dominuje widok na Zwölferkofel, niesamowicie imponujący masyw.

A oto i on, Zwłlferkofel. Mam nadzieję że się nie mylę, jeśli tak, to proszę Dolomiciarzy o poprawkę, bo ja przecież nadal nie mam mapy.

cdn.




















