Mogliśmy jechać tylko na 7 dni, więc szkoda było każdego...
Miałam obawy co do tej jazdy w dniu świątecznym - niepotrzebnie...
Jak zwykle latem, wyjechaliśmy o 5 rano - ogromne rondo w Krakowie przejechaliśmy sami - nasze jedno auto !!! Przez sekundę pomyślałam, że pomyliłam drogę
Dalej do Zakopanego prawie pusta droga, szok...
Zajechaliśmy na kwaterę, bagaże do pokoju, plecaki na plecy i w góry...
Na pierwszy ogień - Dolina Gąsienicowa - miałam ją w oczach z ub. roku, w łanach kwitnącej wierzbówki kiprzycy.
Wyglądała niesamowicie i zrobiła na mnie takie wrażenie, że postanowiłam tu zaglądać o tej porze.
Doliną Jaworzynki niestety , ciągnęły spore ilości turystów - no cóż sezon urlopowo - wakacyjny, trzeba to jakoś z trudem ścierpieć....
Po ostatnich opadach niektóre odcinki szlaku wyglądały tak:

Za to na stokach Boczania spokojnie pasła się łania z kożlątkiem

No i Gąsienicowa - kolorowa, chociaż wierzbówka jeszcze nie całkiem rozkwitła...

Za nami góry z chmur...

Chwila zastanowienia gdzie dalej, bo przecież mimo całego uroku tego miejsca - wycieczki tu nie zakończymy..
Do schroniska kieruje się 95 procent przybyłych, więc omijamy je szerokim łukiem i idziemy w stronę Zielonego Stawu, a potem na Przełęcz Świnicką.

Byliśmy tam kiedyś, ale Matka Natura nie chciała nam wówczas pokazać swojego Dzieła. Otuliła wszystko zazdrośnie białym puchem...
Może teraz będzie łaskawsza...
I była



Jejmość Pani Świnica..

No i dotarliśmy na Przełęcz.



W swojej łaskawości Matka Natura urządziła nam prawdziwy spektakl na niebie. Jak w kalejdoskopie, po błękicie, gdzieś od strony Tatr Bielskich, przesuwały się pojedyncze, grożnie wyglądające chmury, które potem, nie wiadomo gdzie, rozmywały się w okolicy, nie czyniąc najmniejszej krzywdy wystraszonym turystom - których tu mimo wszystko dużo mniej, niż w Gąsienicowej.



Pod nogi też warto popatrzeć

Idziemy w stronę Kasprowego, a za nami niebo znów uśmiechnięte...





No i dość tych uśmiechów ...


Jest póżno, a przed nami jeszcze zejście z Kasprowego, więc chwila odpoczynku i ruszamy w dół. Nareszcie pusto na szlaku.
Na Myślenickich Turniach musiałam podeprzeć moją kontuzjowaną nogę ketonalem forte - jeszcze się nie rozruszała
Na szczęście podczas tego wyjazdu tylko raz się to zdarzyło - w pierwszym dniu, potem już było dobrze.
Nowa kolejka co chwilę zwoziła pełne wagoniki wygodnickich (w górę jechały puste)

Jakaś sentymentalna jestem, ale te stare, mniejsze jakoś lepiej mi pasowały do tego krajobrazu...
Może przyzwyczajenie...
Zachodzące słońce pięknie oświetlało turnie Zawratu Kasprowego.

A niżej w lesie szalał spieniony, szumiący głośno, grożny potok Bystra.
Rozlany szeroko, utworzył wyspę z kilkoma drzewami, którą jakby miał ochotę wciągnąć w swój spieniony nurt.
Ktoś, kto dostałby się w jego objęcia z pewnością nie wyszedłby żywy z tej kipieli.

W Kużnicach wyszliśmy już o zmroku, no i dalej do Zakopanego pieszo, bo o tej porze busów już nie było, ludzi też.
Na kwaterze byliśmy około 22.
Na pierwszy dzień wystarczy.
Udana piękna wycieczka, a jutro wypad na Słowację, na Przełęcz pod Osterwą.
Ala
c.d.n.



















































