
Ponowny pomysł wyjazdu w Vel'ką Fatrę narodził się natychmiast po pierwszym w niej pobycie. Powodem był niedosyt. Nie potrafię porównać tych gór do innych, znanych mi mniej czy bardziej pasm, choć starałam się to zrobić. Nie byłam w tym pomyśle odosobniona, bo napotkani w Chacie pod Borišovom Polacy, mieli ten sam dylemat. Skłaniali się do tego, że Vel'ká Fatra ma coś z nastroju Karpat Ukraińskich i bieszczadzkich połonin. Te pierwsze są mi obce, klimat tych drugich znam, i, faktycznie jest coś na rzeczy. Mnie przede wszystkim uderzyła swoista dzikość tych gór, i zachwyciła łatwość znalezienia ciszy. Człowieka w nich „jak na lekarstwo”. Momentami zdało nam się, że odkrywamy dotąd ląd niezdobyty. Czerpiąc przed wyjazdem mądre informacje z netu i z zakupionego przewodnika, wyczytałam, że pasmo przypomina literę Y. Nasz plan uwzględniał wschodnie ramię z najwyższym szczytem w tej części - Rakytovem (1578 m n.p.m.), pomijając ramię zachodnie. Przygotowania do tej wyprawy wymagały ustalenia środka lokomocji, opracowania wariantu trasy i miejsc pobytowych. Poszło nam gładko, bo okazało się, że dla nas, podróż z Polski w Vel'ką Fatrę np. pociągiem, nie jest czymś karkołomnym, a finansowo o wiele bardziej korzystnym niż np. autokarem. W obraniu trasy pomogła nam czyjaś informacja w Internecie, zapewniająca, że to najbardziej interesująca z możliwych tras granią, bo przy szczęściu na pogodę, zapewnia piękne widoki. Mieliśmy w zasadzie, i szczęście na pogodę, i już bezsprzecznie wspaniałe panoramy. Noclegów, w przyjętym przez nas wariancie przejścia grani Vel'kej Fatry wypadło kilka. Dzieliły nam one grań na sprawiedliwe kilkugodzinne wędrówki.
Naszą przygodę rozpoczęliśmy w Ružomberku, mieście, o bogatej historii, a co za tym idzie zabytkach godnych uwagi. Już na dzień dobry przywitał nas dworzec o ciekawej architekturze z 1817r. Jednak nie mogliśmy zbytnio skupiać się nad zabytkami, bo czas nas naglił. W Ružomberku byliśmy o godz. 15.30. Autobus miejski do Hrabovo (to dzielnica Ružomberku, dolna część Skiparku), gdzie mieliśmy się udać, odjeżdżał dopiero o 16.00. Nie urządzało nas to. Poratowaliśmy się taksówką (100 KS). Zamierzaliśmy, dla ułatwienia sobie trasy, wjechać kolejką do Malinné Brdo (druga część Skiparku). Byliśmy jedynymi turystami, którzy z niej w tym czasie skorzystali. Malinné Brdo tak się z tego powodu rozczuliło, że przywitało nas sążnistym deszczem. Czułość ta była na szczęście krótka, bo za chwilę wyjrzało słońce, a z tarasu „Májekovej Chaty”, w której się zatrzymaliśmy kusił widok Malinnégo (1209 m n.p.m.). Kusiło też co innego: np. pobliski Vlkolinec, określany w przewodniku jako „żywy skansen” i Śiprúň (1461 m .n .p .m), z którego, miał się roztaczać niesamowity widok na Nižne Tatry.

Chłodny popołudniowy widok ze zbocza Malinnégo
Obiecane atrakcje, przesądzają o dwóch noclegach w „Májekovej Chacie”. Chata, budowla pokaźnych, rozmiarów, choć o nienadzwyczajnej architekturze, robi na nas jak najlepsze wrażenie. A to za sprawą ciepłego przyjęcia, widoków z tarasu, no i tego, że byliśmy niej jedynymi gośćmi. Sezon dla Chaty skończył się wraz z odejściem zimy. Latem mało kto tu zagląda. W każdym razie poziom kompleksowej obsługi bez zarzutu. Miło też gawędziło się z „chatarem”, człowiekiem bardzo pogodnym i pełnym poczucia humoru. Miejsce godne polecenia. Nie ma co kryć, że były też plany fotografowania o świcie, jednak wtedy nic z tego nie wyszło, bo noce i poranki okupował deszcz jak z cebra, a wichry opanowywały wzgórza. Za to w ciągu dnia „pogoda dla bogaczy”, co bardzo nas cieszyło. Na Malinné wiedzie szlak niebieski prawie spod Májekovej Chaty. Podejście dość strome, ale przyjemne do pokonania z tego względu, że stale za naszymi plecami rozszerza się spektrum widoków. Wystarczy co jakiś czas zatrzymać się i odwrócić, bo im wyżej, tym widoki ciekawsze. W naszym przypadku trudno mówić o faktycznym czasie przejść, bo ten, z uwagi na działalność Głównego Fotografa, jest zwykle rozciągnięty. Za to wszystko to, co warte było zatrzymania w kadrze zostało zatrzymane. Włącznie z przejmującym, odsłaniającym się widokiem „Fabryki „chmur” w górach”.

Pośród gór wyrosła „fabryka chmur”
Tak więc, realizując sesję zdjęciową, szlakiem niebieskim pniemy się w górę. Na szczycie krótki odpoczynek i zaraz schodzimy nieco w dół zagłębiając się w nastrojowy las. Niebieski szlak towarzyszy nam aż w rejon Vtačnika (1090 m. n. p. m.), a potem przechodzimy na szlak zielony, do Vyšnego Śiprúnskego Sedla, gdzie kierujemy się szlakiem czerwonym. Mijane hale częstują nas widokami na Nižne Tatry i Tatry Zachodnie.
Na halach górskich przywykłam do wypasu owiec. A tu ujrzałam, stada nie owiec, chociaż musze przyznać, że jedno takie stado w czasie naszej podróży się trafiło, ale, podobnie jak w Alpach, stada krów. Już idąc lasem, słyszałam umieszczone na ich szyjach dzwonki, a właściwie dzwony. Przyznam, że dopóki nie ujrzałam stada, dźwięk ten zastanawiał mnie. Kojarzył mi się z wypływającą skądś wodą. W każdym razie miły i ożywczy jak dla mnie to był ton. W drodze powrotnej z Śiprúňa, mniej zachwycił mnie widok mijanych rano łąk. Krowy pochłonęły bowiem całe połacie kwitnącego dywanu. W miejscu niedawnych goździków, naparstnic, fiołków, miłków, a nawet ostrożni i soczyście zielonych traw, czyli tego wszystkiego, nad czym unosiły się moje ochy i achy sterczały jakieś smętne kikuty łodyg. Tę „stratę” powetowałam sobie w dwójnasób na obszarach mijanych hal, nietkniętych już przez krowy. Pamiętam jednak, jak dwa dni później, już z Chaty pod Borišovom, obserwowaliśmy, inne pasące się tuż pod schroniskiem, stado krów. Byliśmy zaskoczeni tym, z jaką łatwością pokonywały wysokość przemieszczając się spod siodełka Močidlo, nieopodal schroniska na pobliski Śoproń (1370 m n. p. m.).
Nie mogę powiedzieć, żeby widok na Nižne Tatry, ze szczytu Śiprúňa dokumentnie nas rozczarował. Nie mogę też stwierdzić, że nas oszołomił, tak jak sugerował to przewodnik. Mieszane uczucia wynieśliśmy także z rozsławianego Vlkolinca. Bo, czy w ogóle może istnieć coś takiego jak „żywy” skansen, jeśli na dawnych, chałupach tkwią umocowane już satelitarne talerze, a drewnianą dzwonnicę z XVIII w. zatarasowano samochodami tak, że ledwo ją widać? Mnie ogólnie i tak się podobało, bo jakoś wrażliwa jestem na te tematy. Osadę wpisano na listę UNESCO. Nie ma powodu tego nie doceniać. W rzeczy samej było na co popatrzeć, pomijając niezbędne do dzisiejszego życia atrybuty. Sądzę, że to jednak oryginalne – umieć mieszkać współcześnie w skansenie. Doprawdy miejsce urokliwe. Tyle, że trudno było się doszukać, obiecanej w przewodniku „pełnej życia atmosfery górskiej osady”, bo atmosfera, którą tam zastaliśmy, była raczej już miejska, i na dodatek z ciekawskimi turystami, włączając w to moja osobę, zaglądającymi w okna i na podwórza drewnianych, zabytkowych chałup, w których żyją dzisiejszą epoką ludzie. Zastanowiło mnie, czy dla gospodarzy jest to trudne do zniesienia? Te rzesze turystów i błyskające wciąż flesze aparatów? Chyba są przyzwyczajeni. W każdym razie, Główny Fotograf nie dołączył do tej rzeszy. Uznał, że mógłby zrobić jakieś zdjęcie, gdyby usunięto wszystkie obecne w skansenie zdobycze techniki… No tak, ale czy wtedy skansen byłby żywy, cokolwiek to znaczy?
Postanawiamy jednak nie zwlekać z celem naszej wędrówki, chociaż pogoda potrafiła nas zaskoczyć. Po słonecznym dniu, który, jak stwierdził sam „chatar” miał, według znaków na niebie, „utrwalić” dobrą pogodę, niepokoiła całonocna ulewa, zachmurzony świt. Wyruszamy w dalszą wędrówkę. Ponownie niebieskim szlakiem na Malinné, a potem już zielonym, najpierw do Nižnego Śiprúnskego Sedla, zgodnie z planem dnia do Malej Smrékovicy (1485 m n.p.m.). Muszę przyznać, że podobnie jak hale Vtačnika, Nižne Śiprúnske Sedlo zachwyciło nas swoją urodą. Zrobiliśmy sobie na nim krótki przystanek. Niezwykłości miejscu z pewnością dodawała pogoda, która tego dnia zdawała się być wymarzoną dla Głównego Fotografa. Słońce, przedzierające się przez chmury komponowało coraz to nową jakość krajobrazu, kładąc na górskie pobocza paletę światła i barw. Główny Fotograf ochoczo zabrał się do pracy.

Na Nižnym Śiprúnskim Sedle
Ja w tym czasie oddałam się relaksującej kontemplacji. Nie trwało to jednak długo, bo wprawdzie niegroźnie, ale znów aura dała się nam we znaki. Pośpieszyliśmy dalej. Weszliśmy w obszar ścisłego rezerwatu Vel'kej Fatry o wdzięcznej nazwie Janośikova Kolkáreń. Bardzo przyjemny odcinek szlaku. Stare drzewa i klimat tego miejsca przywodzą na myśl dawno czytane bajki. Następnie, już z płaskowyżu Malej Smrekovicy podziwiamy, tzn. ja podziwiam, a Główny Fotograf znów pracuje, widoki na Nižne Tatry i Kotlinę Liptowską. Niestety już w deszczu docieramy do udostępnionego obecnie turystom wojskowego sanatorium Smrekovica. Mieliśmy nadzieję, na nocleg w turystycznym domku. Jednak te, jak poinformowała nas recepcjonistka, w wakacje zajmują dzieci na zorganizowanym wypoczynku. (wybierając się w tym czasie warto o tym pamiętać). Korzystamy więc z tego co dostępne. A dostępne są pokoje o wysokim standardzie. Nie mamy wyjścia, płacimy za nocleg więcej niż się spodziewaliśmy. Zmęczeni i zabłoceni wkraczamy na salony, i do hotelowej restauracji. A za oknem ulewa na całego.
Miło, gdy rankiem niebo jawi się nam bez chmurki. Ruszamy na Rakytov (1567 m n. p .m.), a miejscem docelowym jest Chata pod Borišovom. Wychodząc z obiektu, z ciekawością się rozglądamy. I, robią wrażenie, znajdujące się na pograniczu narodowego rezerwatu przyrody, plac zabaw, boisko siatkówki, parking na którym stoją samochody, a także przez jakiś czas mijający nas w treningowym biegu młodzi ludzie, ubrani sportowo, chyba to byli żołnierze, lub ktoś w tym rodzaju, przebywający na obozie w swoim ośrodku. Trzymając się nadal zielonego szlaku mijamy Kotlinę Močidlo, która raczy nas widokami.

Po opuszczeniu sanatorium Smrekovica towarzyszy nam piękna pogoda
Opodal stoi jeszcze jeden obiekt, hotel górski Smrekovica, w którym ceny noclegów są już dość wysokie.
Idzie się nam świetnie, bo szlak jest bardzo widokowy. Podążamy zboczem Skalnej Alpy, kolejnym rezerwatem tych gór. Zatrzymujemy się na krótko, na przełęczy. Tu, już któryś raz z kolei mamy świetny widok na Nižne Tatry. Wchodzimy w las. Idąc, nie sposób nie wsłuchać się w ptasią muzykę. Chciałam nawet nagrać na dyktafon tę leśną symfonię, ale wyszło mi to z marnym skutkiem. Nie było czasu, by zatrzymać się na dłużej, ustawić prawidłowo dyktafon., uzbroić się w cierpliwość. Zadowoliłam się więc fotografowaniem mijanych, zagonów bardzo krzepko wyglądającej miłosny górskiej. I tak znaleźliśmy się na Severné Rakytovské Sedlo. Należał się nam krótki odpoczynek, bo za chwilę mieliśmy osiągnąć szczyt, z którego panorama, tych, którzy jej dostąpili, wprawia w zachwyt, bo, jak podaje przewodnik, w rankingu widokowych miejsc Vel'key Fatry, jawi się on na pierwszym miejscu. I faktycznie, Rakytov (1567 m n.p.m. ), wspaniale wypiętrzony grzbiet - panorama dookolna jak ktoś się wyraził, „na morze gór”. Na Tatry Nižne, Góry Choczańskie, Tatry, i inne pomniejsze „morza gór” przez nas nierozpoznanych.
Może sprawił to silny wiatr, który nie sprzyjał temu by posiedzieć na szczycie, wczuć się w okazane piękno? A może przesyt stale towarzyszących nam widoków gór otaczających Wel'ką Fatrę, i mijanych pod różnym kątem? Zabrzmi obrazoburczo, ale nie byliśmy dostatecznie poruszeni. Główny Fotograf niejako z obowiązku uruchomił swój sprzęt. Na szczycie żelazny krzyż. Jest też skrzynka. Wpisuję nas do niej. Zejście z Rakytova mamy więc nieco refleksyjne. Po drodze podziwiamy interesującą formę „Skalne vrtá”. I po raz kolejny już zatrzymujemy się na halnych łąkach, które tworzą prawdziwe uroczysko złocistych fiołków, pełników alpejskich i naparstnic. Główny Fotograf znajduje interesujące go plany. Juźné Rakytovské Sedlo wyznacza nam postój. Za chwilę grań polany Minčol. Odwracam się, i zachwycam sylwetką Rakytova. Wchodzimy w pas kolejnego rezerwatu „Ćierny kameń”(1479 m n. p. m.). Na jego szczyt nie ma, ze względu na ochronę przyrody, żadnego szlaku, a nawet gdyby, to i tak nie miałabym siły już wejść. Szlak, nadal zielony, prowadzi jego zboczem przez las. I znów ptasie trele, bogactwo roślin, i szemrzące kaskadowo strumienie. Powoli wchodzimy w prawdziwe uroczysko. Główny Fotograf wydaje się być poruszony. Cieszę się, że tak jest, bo właśnie to miejsce w Vel'key Fatrze chciałam mu pokazać. Tak szczęśliwie się bowiem składa, że dane mi być w tym miejscu po raz drugi. Jako, że mamy w planie zatrzymać się na dłużej w Chacie pod Borišovom, docierając na Sedlo Polskiej, postanawiamy, póki co, podarować sobie jej szczyt. Trzymając się nadal znaku zielonego, trawersujemy ogromne brzuszysko Ploski. Jest już późne popołudnie, a wiatr nadal szaleje. Na niebie istne spektrum kłębiących się chmur. Słońce, co raz, jak skalpelem, tnie tę materię. I z desperacją rzuca blask na skrawki hal, szczyty gór, lub choćby tylko na jedną małą łąkę, czy w ostateczności liście samotnych drzew. Bo na całą, przepastną Dolinę L'ubochnianską nie starcza mu już przebicia. Efekt tego trudu jest jednak niesamowity. W tej sytuacji nie ma mowy o trzymaniu się czasu przejścia. Główny Fotograf pracuje w zapamiętaniu.

Wschodni fragment Ploski – oferującej bardzo wiele każdemu, kto chce ją i z niej fotografować
Dla mnie rejon Ploski jest najbardziej czarownym miejscem Vel'key Fatry. Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej, gdy po raz pierwszy się w nim znalazłam, to nie chciało mi się z niego ruszyć. Bo to miejsce jest jak spełniona tęsknota, jak marzenie, jak obietnica. W takim chciałoby się zostać na zawsze. I obecnie nic z tamtych odczuć się nie zmieniło. Wszystko powtórzyło się jak za pierwszym razem.

Widok ze wschodniego zbocza Ploski
Już prawie o zmierzchu wkraczamy do schroniska. W schronisku atmosfera iście górska. Nocleg trzeba sobie rezerwować wcześniej, bo tak z drogi można się na niego nie załapać. Już na wstępie chciano nam zweryfikować rezerwację z dwóch noclegów na jeden, bo niby jakaś pomyłka. W końcu udało się nam stanąć przy swoim. Miejsce trudno zaliczyć do pobytowego, choćby z tego względu, że pozbawione jest kanalizacji. Kontakt z pomieszczeniem z napisem „vaše lawiny”, należy do trudniejszych momentów, choć w ostateczności można poratować się zestawem masek gazowych w przybytku wiszących, a także zrelaksować wywieszonymi humorystycznymi napisami i rysunkami w temacie. Nie ma też zbytnich warunków do umycia się, choć to i owo przemyć jakoś tam można, bo z dwóch kranów cieknie jednak wąską stróżką zimna woda. Rekompensatą tych niedogodności…. A zresztą, czy w prawdziwie górskie schronisko, a za takie jest uważana „Chata pod Boryšovem”, powinno w ogóle serwować jakieś tam dogodności? Tak czy siak, interesujący jest sam jej wystrój: bardzo ciekawe eksponaty, jak np. dawne kierpce z rakami, różne akcesoria pasterskie, naprawdę świetne fotografie tamtejszego pejzażu. I oczywiście lampa gazowa u powały, no i kominek, rozpalany drewnem przytaszczonym przez „nisičów”, przy którym można podsuszyć sobie rzeczy, choć niekoniecznie, bo ciepło z kominka rozchodzi się do rur i kaloryferów w pokojach. Jednak ten płonący kominek jakże sprzyja towarzyskiej, wieczornej atmosferze. A ponadto pełno jakichś ozdobnych kufli, talerzy, figurek i ozdóbek bez liku. To już rzecz gustu, ale ciepełko robi.
Jest też młoda chatareczka, która gotuje słodką zupę fasolową. Nie wiem czy to taka kulinarna tradycja, czy pomylone przyprawy, ale osobiście nie gustuję. Jak się chatareczka zapatrzy w ulubiony serial, to trzeba trochę na zamówienie poczekać. Ale w końcu komu się gdzie śpieszy?

Pięknie położona Chata pod Borišovom
Postanawiamy się dobrze wyspać. Ranek wydaje się pogodny. Idziemy na Boryšov (1 509 m n.p.m), boczne ramię głównej grani. Przewodnik podaje, że nie ma na ten szczyt szlaku, a jedynie wydeptana ścieżka. Informacja mija się z zastanym stanem, bo prowadzi na niego szlak żółty. Podejście to sama przyjemność. Tu spotkałam, jedyne w czasie tej mojej wędrówki, stanowisko lilii złotogłów. Sam szczyt rozległy, z panoramą widoków. Zaskoczyła mnie na nim wysokość traw. To taki szczyt z gęstą grzywą. Niestety nie mogliśmy się zbytnio na nim rozgościć, bo szła do nas ulewa. Główny Fotograf zauroczony pejzażem, postanowił wybrać się tu o świcie, następnego dnia. Słowa dotrzymał. Tego dnia próbowaliśmy podejść jeszcze pod Ploske z zamiarem spędzenia trochę czasu w rejonie Ćiernego Kameńa. Ze względu na pogodę nie udaje się nam.

Warto wstać wcześnie, by zobaczyć pastelowe góry
Nazajutrz ruszamy dalej. Trudno jest mi się z tym miejscem rozstać. W drodze ze schroniska, tuż pod siodełkiem Močidlo kolejny już raz zastanawiamy się, dlaczego jej odcinek przybrał rdzawy, prawie czerwony kolor? Z dali, po nocnych opadach, wygląda to jak sącząca się struga krwi. Jak zwykle poświęcamy uwagę pięknym okazom, posadzonych nietypowo, bo pojedynczo, buków. Jakiż doniosły wkład wnoszą w niezwykłość otaczającego nas krajobrazu.

Jeden z buków między Ploską a Borišovom
Szlakiem czerwonym wchodzimy na szczyt Ploski. Ploska jest piękna i z daleka i z bliska. To z niej wychodzą dwa potężne ramiona Vel'key Fatry. Nie sposób jednak skupić się w tym miejscu wyłącznie na samym pięknie, bo wyryte, na tablicy, umieszczonej tuż pod szczytem, słowa układają się w historię o tym, jak w 1944r. w dolinach Vel'key Fatry toczyły się ciężkie wojenne boje. A najcięższe z nich nie pominęły również Ploski. Ma też Ploska drugi symbol dawnych wydarzeń. Jest nim samotny grób jej szczycie młodego żołnierza o nazwisku Andrej Kiss. I dzieje się tak, że zamiast rozkoszować się widokiem na całą Vel'ką Fatrę moją uwagę skupia właśnie ten grób. Zastanawiam się, co sprawiło, że tylko ten żołnierz ma na niej swoje miejsce, a inni polegli tworzą zbiorczą statystykę rozmiaru rozgrywającego się tu kilkadziesiąt lat temu wojennego dramatu? Z pewnością są ludzie, którzy potrafiliby na to odpowiedzieć, bo grób jest bardzo zadbany, ozdobiony świeżymi kwiatami i zniczami.

Północne zbocze Ploski w porannym świetle
Schodząc już z Ploski, jeszcze dłuższy czas, nie mogę pozbyć się związanych z tym refleksji.
Trzymając się nadal szlaku czerwonego – Vel'kofatranská magistralá ciekawie wiodącą drogą dochodzimy na Ostredok (1592 m n. p. m. ) – najwyższy szczyt Vel'key Fatry. Tu, z kolejnej tablicy dowiaduję się, jaki, oprócz warunków geologicznych, wpływ miał i ma konkretnie człowiek na kształtowanie się tych gór. A miał znaczący, bo w XVI, XVII w. na Ostredoku rosły sobie gęste lasy. Wyrąbano je, kosodrzewinę wypalono, co z kolei sprzyjało powstawaniu lawin. Górna granica lasu obniżyła się do 1335 m n.p.m. Obecnie człowiek ma taki wpływ, że współcześnie ją odnawia do pierwotnej wysokości, wysadzając świerki, jawory i kosodrzewinę. Widok kolejnego wybitnego szczytu Vel'key Fatry- Križnej (1574 m n.p.m.) przyprawia mnie o prawdziwy ból serca. Križna przywodzi mi na myśl Chopoka w Nižnych Tatrach. Szczyty przez człowieka oszpecone. Križna, w szczególe, jakąś wojskową konstrukcją, rzucającą się w oczy już z daleka. Koi mnie dalsza, niczym już nieograniczana przestrzeń. Wymieniamy sobie uwagi o niesamowitych widokach przepastnych dolin, które robią nieodparte wrażenie. Na jakiś czas opuszcza nas „ląd dotąd niezdobyty”, bo pojawiają stadka turystów. Ma pewnie na to wpływ popularny odcinek Cesta hrdinov SNP, i liczne, pobliskie szlaki prowadzące do grani. Mijają nas jednak raczej turyści górscy, nie żadni spacerowicze, bo, żeby się tu dostać trzeba jednak swoje przejść. Już widać horský hotel Král'ova Studńa. Spoglądam też na prezentującą się opodal Král'ova skala (1377 m n.p.m.), na którą, będąc tu w maju, wdrapałam się i zrobiłam sobie na niej zdjęcie. Moją uwagę przykuwa krzyż, którego wtedy nie zauważyłam. Chociaż nie ma już słońca, wyciągam aparat i robię zdjęcie. Jeszcze przez chwilę wpatruję się w przybitego do krzyża Chrystusa. Nigdy dotąd nie widziałam jego sylwetki w takim ułożeniu. Jego ręce są wyprostowane w mocno zaznaczonym geście – zwycięstwa, wyzwolenia się? Przybito je do krzyża na wysokości łokci. Perisonium nie przylega, jak zwykle do bioder, lecz mocno powiewa na wietrze. Sprawia to nieodparte wrażenie ruchu.
Wkraczamy na teren horskýego hotelu. Ten nie prezentuje się najlepiej: cały opleciony pajęczyną rusztowań. Wre remont. Nieco nas to niepokoi, bo przed wyjazdem sprawdzaliśmy, i powiedziano nam, że hotel mimo wszystko turystów przyjmuje. Główny Fotograf robi wywiad, i zostajemy skierowani do Hermana. Okazało się, że hotel przyjmuje gości, pomimo stanu w jakim się znajduje. Warunki doprawdy niezwykłe: wewnątrz same surowe i wilgotne jeszcze tynki, pokoje zamiast drzwi miały poprzybijane białe, poruszane przeciągiem prześcieradła, co o zmroku na długich przepastnych korytarzach sprawiało wrażenie nieco demoniczne. Wrażenie to potęgował jeszcze odbijający się blask świec i kadzidełek rozstawionych w jedynej czynnej łazience i na podłogach pokoi. I do tego wszystkiego sam Herman, prezentujący się jak serialowy mąż dr Quinn. Panujący nastrój sprawił, że przed snem zaczęliśmy sobie przypominać fajne filmy o morderstwach zwabionych gości do odludnych tajemniczych hoteli, niedostępnie ulokowanych. Tymczasem jednak opanowałam Hermana kuchnię, w której odkryłam gotujące się młode ziemniaki w skorupkach dla robotników. Poprosiliśmy o to samo. Młode ziemniaki z masłem i pieprzem. Były pyszne! Do tego beherovka. Nie pamiętam już żeby ostatnio coś tak bardzo mi smakowało. Z Hermanem dogadywaliśmy się świetnie. Remont może jeszcze potrwać. Przyśpieszyć go mogą pieniądze z Unii, o które wystąpiono na ten cel. Jeśli je dostaną, to wszystko pójdzie szybko, jeśli nie, przeciągnie się w czasie. Tymczasem, w ewentualnie planowanych tu postojach, niech nikogo nie zraża obecny stan obiektu. Każdy potrzebujący znajdzie tu wikt i opierunek. Żegnamy się serdecznie. Herman zaprasza nas, co w tłumaczeniu należy rozumieć „wpadnijcie tu kiedyś jeszcze”. Obiecujemy to zrobić.
Obieramy sobie zielony szlak prowadzący do Starych Hor. Kojarzę już ten szlak z poprzedniego pobytu. Jest niezwykły. Ze szlaku długi czas towarzyszy nam widok horskýego hotelu. Jednak naszą uwagę przyciągają inne już widoki. Mijamy szczyt Małej Križnej (1319 m n.p.m.), i już na chwilę zatrzymujemy się na Upłazie Główny Fotograf poświęca nieco czasu Križnej (1574 m n. p. m.), która nam towarzyszy, a właściwie utrwaleniu impresji, jaką w tym momencie tworzy na zboczach tego szczytu światło. Tu, do dalszej drogi obieramy szlak żółty prowadzący na Japeń (1154 m n. p. m.). Zachwyca nas klimat mijanego, starego, lasu, popękana kora starego jaworu, która wygląda jak, celnie to określił Główny Fotograf, z wysuszonej na słońcu gliny, pień powalonego drzewa, (zresztą, ten odcinek szlaku wręcz obfituje w liczne przeszkody tworzone przez powalone drzewa), który fantazyjnie oplotła kolonia niesamowitych grzybów. Wszystko to tworzyło taki nastrój, że Główny Fotograf znów miał pełne ręce roboty. Jakże inaczej wyglądało już miejsce, które, gdy przechodziłam tędy w maju, nazwałam dla własnych potrzeb „aleją niedźwiedziego czosnku”. Było zjawiskowe, bo takiego skupiska, tak obficie kwitnąco tej rośliny nigdy dotąd nie widziałam. I zapach temu towarzyszący: czosnkowy, ale subtelny w nucie, pomieszany z innymi kwitnącymi w tamtym czasie ziołami. Teraz na całej połaci pozostały z rzadka sterczące badyle, i czuć było proces roślinnej fermentacji. Zbliżając się pod Japeń, nie sposób przejść obojętnie obok licznych rosnących tu drzew: starych jaworów, buków i jeszcze innych liściastych gatunków. Wyobrażam sobie jak to miejsce z tłem dolin i szczytów gór musi wyglądać dojrzałą jesienią! Wkrótce podążamy już zielonym szlakiem, i wychodzimy na drogę do Starych Hor. Nasze zmysły bombarduje powrót do rzeczywistości, bo ruch na głównej drodze w Starych Horach jest jak w Rzymie. Odwiedzamy pobliską, usytuowaną na parkingu, restaurację, serwującą całkiem przyzwoite dania. Zaraz po wyjściu z niej, po drugiej stronie drogi, jawi się nam hostel. Korzystamy z jego usług. Na ścianach wnętrz patrzymy na gospodarza zdjęcia z wypraw w Alpy. Zagadujemy go o utrwalone na zdjęciach wyczyny. Uśmiecha się i odpowiada, że nie ma do tego szczególnego podejścia, bo on tylko tak turystycznie, w wolnych chwilach to czyni, i jego zdaniem nie jest to nic szczególnego. Odnoszę jednak wrażenie, że było mu miło, iż zwróciliśmy na te zdjęcia uwagę.
Nazajutrz rano, z przystanku mieszczącego się tuż pod hostelem, jedziemy autobusem do Ružomberku. Tak więc, wracamy do punktu wyjścia. Mamy w zanadrzu jeszcze jeden dzień wolny. Osobiście czuję się spełniona, bo zrealizowałam poniekąd swoje marzenie. Trafiając w te góry w maju, pomyślałam sobie, że byłoby wspaniale w nie wrócić. W jakimś sensie zaspokoiłam swój niedosyt, chociaż nie do końca.
W Ružomberku szukamy informacji turystycznej. Chcemy gdzieś zaczepić się na nocleg. Ktoś wskazuje nam drogę. Mieści się ona w centrum na ul. A. Bernolaká. Z czystym sumieniem można ją każdemu polecić. Miła panienka chętnie nam pomaga, dostosowując się do naszych oczekiwań. Trwa to trochę, bo przecież jest sezon, i nie jest lekko. Żeby nie tracić czasu szybko decydujemy się na jeden z pensjonatów. Jest piękna, słoneczna pogoda, a my, idąc na kwaterę odkrywamy Ružomberk. A jest co! Chyba nie znajdzie się nikt na kim nie zrobi wrażenia Podhora, najstarsza ulica w tym mieście.
W pensjonacie przywitano nas serdecznie. Bardzo ładne wnętrze, przemyślnie zaprojektowane. Po wystroju widać, że właściciele mają duże estetyczne wyczucie. Umiejętnie dawne połączono tu z nowym. Moją uwagę zwraca komoda, na której ustawiono rodzinne zdjęcia. Ale szczególnie jedno z nich przykuwa moją uwagę: portretowe zdjęcie starszego mężczyzny o niezwykłym wizerunku. Pytam kim jest, spodziewając się, że to jakiś antenat. W odpowiedzi słyszę, że jest na nim Andrej Hlinka, narodowy bohater Słowaków, i, że pensjonat w którym się znajdujemy nosi jego imię „Andrej”.
Właściciel, pan Miloš, zachęca nas do wejścia na Vel'kyego Choča. Mówi nam o szczególnym, emocjonalnym podejściu mieszkańców miasta do tej góry. Dowiadujemy się, że panuje tu zwyczaj wchodzenia na Vel'kyego Choča w noc sylwestrową. Co roku drogę na jego szczyt pokonuje kilkaset osób, i na nim wita nowy rok. W ogóle Słowacy uwielbiają Vel'kyego Choča.
Wykazuje niezwykłą uprzejmość, osobiście angażując się w udzieleniu przydatnych nam wskazówek. Poleca szlak prowadzący na Vel'kyego Choča z wioski Valaská Dubova. Jesteśmy wdzięczni. Mamy chwilę do odjazdu autobusu do Dubovej. Idziemy do tawerny. Podają w niej świetną żentycę i smaczne bryndzowe pierogi.
Bez trudu dostajemy się do Dubovej, jazda trwa kilkanaście minut. Szlakiem niebieskim podążamy do celu. Jest upalnie i bardzo wietrznie. Szlak w podejściu nie sprawia właściwie technicznych trudności, a jednak czuję zmęczenie. Idziemy dnem doliny, mijamy przyciągające wzrok fantazją skały. Wychodzimy na piękną polanę. Nazywa się Stredna. Z niej ładne widoki na Vel'ką Fatrę. Pod szczytem spory pas dorodnej kosówki. Wreszcie dostępujemy audiencji u króla Gór Choczańskich. Zauważamy, że jest on dość tolerancyjny, bo turyści czują się na nim nader swobodnie: ślady obozowiska i paleniska. Sam ulokował się sprytnie, tak, by mieć oko na prawie wszystkie pozostałe pasma gór Słowacji. Pomimo upału, przejrzystość powietrza nie jest najlepsza, co ogranicza nam widoki. Rozpoznajemy jednak grań Tatr Zachodnich, Nižnie Tatry, Małą i Vel'ką Fatrę. Główny Fotograf wyławia nawet Beskidy i Babią Górę. W dole pięknie rozpościera się cały Liptów. Nasza audiencja trwa dostatecznie długo. Szkoda, że warunki pogodowe nie sprzyjają robieniu fotografii. Jesteśmy jednak wdzięczni za to, co otrzymaliśmy.
Teraz jednak pięknie kłaniamy się widzianym szczytom, a szczególnie Vel'key Fatrze i schodzimy w dół. Na koniec spotykam jeszcze ładny okaz koralowego bzu, któremu oczywiście robię fotografię. Bez przeszkód wracamy do Ružomberku. Pan Miloš czeka na nas. Dzielimy się z nim wrażeniami. Już po naszym powrocie Główny Fotograf otrzymuje od niego maila, w którym dziękuje nam za wizytę i ponownie zaprasza. Nawiązuje się kontakt.
Jadąc już pociągiem do domu rozmyślam nie tyle o górach, co o poznanych przypadkowo ludziach, i innych, z braku czasu skromnie poczynionych, obserwacjach. Zauważam, że miejsca, w których nie tak dawno byłam stale zmieniają się na lepszą organizację życia i wyglądu. Widoczne są braki, ale odnoszę wrażenie, że coraz częściej raczej przez kontrast na tle tego co już zrobiono z widoczną precyzją. Poniekąd moją zazdrość budzą świetne drogi, budowane przecież nie na terenie nizinnym, ale chyba o wiele trudniejszym, bo górskim. Jakże wieki postęp w tej dziedzinie. Na każdym kroku zauważa się dbałość i starania. Naród, który z taką determinacją, w tak różnych skomplikowanych układach historycznych i politycznych, przez wieki walczył o swoją tożsamość osiągnął cel. Z szacunkiem odnoszę się do stosunku, jaki mają Słowacy do swoich narodowych bohaterów, który pieczołowicie wyrażają w miejscach położonych wysoko w górach, czy też miejskich zakątkach, a nawet tak osobistych miejscach jakim jest zbiór rodzinnych fotografii.
Przeglądając plan i informacje o Ružomberku, ofiarowane nam przez pana Miloša, dowiaduję się, że nazwa miasta wywodzi się od niemieckich osadników. Dawny Rosenberg to słowacki Ružomberok (w herbie z różą przebitą strzałą, ciekawe jaka jest z herbem związana legenda?). Miasto to, za sprawą Andreja Hlinki, największego chyba słowackiego bohatera, walczącego niestrudzenie o autonomię narodu jest uważane za symbol wolności. Ponadto ma przebogatą historię, sięgającą XIII w, i wiele świetnie zachowanych zabytków. Ech, chciałoby się uważniej pospacerować Podhorą, wejść na kultowe dla miasta Ciemne, Różowe i Klasztorne Schody, przyjrzeć się z bliska najpiękniejszej w mieście fasadzie domu na ul. Mostovej, zwiedzić muzeum Andreja Hlinki, zobaczyć cenny obraz Chrystusa trzymającego kielich. Jesienią przyrzekam sobie tu powrócić.
Informacje praktyczne:
-Dojazd do Ružomberku możliwy jest koleją (korzystnie finansowo i szybko). Można skorzystać z pociągu EC relacji Warszawa-Wedeń, przesiadając się w Ostravie, a potem w Žiline. Bilet w obie strony z Warszawy niewiele przekracza 200 pln.
-Informacje o noclegach z których korzystaliśmy, można znaleźć:
http://www.majekovachata.sk/
http://www.vzsmrekovica.sk/
http://www.trekker.sk/recenzie/chaty/re ... _fatra.htm
http://www.kralova-studna.sk/
http://www.penzionandrej.sk/svk/
-Korzystaliśmy z mapy "Velka Fatra" VKU Harmanec oraz przewodnika "Wielka Fatra" Petera Podolaka i Jana Lacika w opracowaniu Daniela Kollara i przekładzie Ryszarda Juchniewicza
tekst: Izabela
zdjęcia: Alan









