bartek84 pisze:jak zachować się na szlaku w przypadku nadejścia burzy.
Pewno będzie trochę przydługie, ale takiego pytania nie da się załatwić w trzech słowach.
Zatem:
Załamanie pogody
Nawet największa ostrożność podczas planowania wycieczek nie jest w stanie uchronić w stu procentach przed nieprzewidzianym załamaniem pogody w górach. Wycieczka w góry jest zawsze pewnym ryzykiem, którego nie można całkiem wykluczyć. Zapobiegliwość może tylko takie wypadki skutecznie ograniczyć, a jeśli już nastąpią, pozwolić w tych warunkach przetrwać i w miarę bezpiecznie wrócić z wycieczki. W tym tkwi sedno sprawy. Przestrzeganie wszystkich bez wyjątku rad, które tu zamieszczam ma na celu głównie - być odpowiednio przygotowanym na niespodziewane załamanie pogody w trakcie wycieczki górskiej, a jeśli już coś takiego nas spotka – nie pogłębiać kłopotów własnymi błędnymi decyzjami.
Pierwszym i najważniejszym przykazaniem w takiej sytuacji jest zawsze natychmiastowe skierowanie się w stronę dolin.
Jeśli w czasie pierwszej części wycieczki, gdy jesteśmy jeszcze w terenie łatwym, następuje pogorszenie pogody - nawet bez deszczu, mądrze jest zrobić dłuższy odpoczynek i uważnie obserwować niebo. W kilkuosobowej rozgadanej grupie zwykle nie słychać odległych i słabych grzmotów. Jeśli usłyszymy je od strony, z której napływają chmury, choćby te chmury nie wyglądały jeszcze na burzowe, radzę natychmiast wracać. Przeczekanie burzy i dalsze drapanie się w górę ma sens tylko przy dużej znajomości meteorologii górskiej co dla początkujących jest praktycznie nieosiągalne. W te klocki dobrzy są tylko nieliczni zawodowi przewodnicy a i oni przed podjęciem decyzji zwykle dzwonią do znajomych ratowników górskich siedzących na dyżurach.
Załamanie pogody, którego nie przewidziały górskie prognozy meteo, ma zwykle bardzo gwałtowny i szybki przebieg. Czasem kilka minut dzieli od słonecznej aury do szalejącej burzy z piorunami. Na nizinach zdarza się to niezwykle rzadko. W wyższych górach często tak właśnie bywa. Natomiast w górach wyższych, ale powierzchniowo małych, do jakich zalicza się Tatry i Karkonosze, załamania pogody bywają nagminne.
Choćby do upragnionego szczytu brakowało tylko kilku minut drogi - natychmiastowe zawrócenie jest zawsze najmądrzejszą decyzją. Nie warto liczyć na szybkość własnych nóg. Decyzja o szybkim wejściu i natychmiastowej ucieczce ze szczytu jest śmieszna w porównaniu z szybkością przemieszczania się chmur .
Wejście człowieka na szczyt w czasie burzy z punktu widzenia fizyki jest tylko podwyższeniem punktu uziemionego o niecałe dwa metry. Jednakże gigantyczny ładunek elektryczny zgromadzony w chmurach właśnie poszukuje najbliższego punktu uziemienia. Podwyższenie szczytu góry wydatnie zwiększa więc szansę nastąpienia wyładowania właśnie w ten szczyt.
Wielokrotnie opisywano porażenia turystów przez wyładowania atmosferyczne na szczytach pod krzyżami lub wieżami triangulacyjnymi. Wiele takich porażeń kończyło się śmiercią, choć ludzie znajdowali się o kilka lub kilkanaście metrów od trafionej budowli. Gdy wyładowanie atmosferyczne trafi bezpośrednio w człowieka śmierć przez spalenie następuje zawsze. Wchodzenie na szczyty gór lub na kulminacje graniowe w obliczu nadchodzącej burzy należy zakwalifikować jako oczywistą próbę samobójczą .
Możliwie najszybszy odwrót ma jeszcze jedno uzasadnienie. Zwykle w czasie burzy szczyty spowijają chmury, którym towarzyszą spływające w doliny mgły. Ograniczenie widoczności następuje bardzo szybko. Może to spowodować całkowitą utratę orientacji w terenie. Poruszanie się po skalnym szlaku bez dobrej widoczności jest w ogóle niemożliwe nawet dla wprawnych górołazów. Konieczne jest wtedy przeczekanie burzy, choć być może o kilka metrów niżej widoczność jest jeszcze znośna. Tragedia często polega właśnie na całkowitej niemożności dotarcia do tej nie zamglonej strefy.
Niezwykle przydatna jest w takich okolicznościach dobra znajomość wszystkich okolicznych wariantów szlaków. Nieoceniona okazuje się mapa czasowa. Jeśli grupka zaskoczonych burzą turystów nie potrafi szybko ustalić i zrealizować najszybszego wariantu zejścia w dół, zwykle tuła się godzinami po bezludnych szlakach. Szybkie zejście możliwie najniżej jest stokroć ważniejsze niż dotarcie do zamierzonego celu.
Nawet najgorsza letnia burza z piorunami bywa w dolinach tylko przykrością, zaś na graniach jest zawsze śmiertelnym zagrożeniem. Warto o tym pamiętać.
Z drogi na Rysy nie ma innego wyjścia jak cofać się jedynym szlakiem , ale z Orlej Perci lub Czerwonych Wierchów zawsze należy iść (czasem zawrócić) do najbliższego szlaku zejściowego i nim możliwie szybko opuszczać się w dół. Mało ważne jest, w którą dolinę zejdziemy znakowanym szlakiem. Zawsze - w deszczu też, można obejść góry dolinami. Ważne jest abyśmy nie utknęli na graniach, wśród szalejących przez wiele godzin żywiołów.
Na zachód od Kasprowego Wierchu niektóre grzbiety gór są łagodne i trawiaste a szlaki zejściowe upiornie długie. Chęć pójścia na skróty w dolinę bywa wtedy bardzo kusząca. Dla niezliczonej rzeszy ludzi pomysł skrócenia sobie drogi wprost na widoczne pozornie blisko dolinne łąki okazał się tragiczny w skutkach. Niektórych zaginionych nigdy nie odnaleziono. Czasem odnajdywane są przypadkowo stare wyschnięte szkielety. Niektóre nazwiska zaginionych wpisały się ponuro w oficjalną topografię Tatr.
Łagodne na grzbietach stoki stają się niżej coraz bardziej strome, są ostro popodcinane oraz mają wielkie, przepaściste uskoki. Zwykle pierwsze z tych uskoków są niewielkie, kolejne większe już daje się pokonywać zeskakując z nich, ale nie udaje się ich pokonać w drugą stronę. Wreszcie trafia się na tak duży uskok, że zeskok bywa zbyt ryzykowny. To już jest pułapka bez wyjścia. Droga w górę jest już przecież zamknięta! Tych przeszkód nie da się obejść bokiem. Pokonanie ich w którąkolwiek stronę bez sprzętu wspinaczkowego jest niemożliwe nawet dla doświadczonych taterników. Pozostaje tylko zatrzymać się i usilnie wzywać pomocy. Bez telefonu komórkowego to oczekiwanie może być bardzo długie . Każde inne rozwiązanie – poza czekaniem na pomoc gwarantuje tragedię.
Można mieć różne zdania o sensowności wielu zakazów panujących w Parkach Narodowych. Sam mam mało pochlebne zdanie o wielu z nich. Jednak z tatrzańskich szlaków turystycznych niezależnie od pogody nie wolno schodzić - nigdy! Tylko one mogą turystę bezpiecznie sprowadzić w doliny.
Może to zadziwić początkujących turystów, ale taternicy uciekając przed złymi warunkami też kierują się do znakowanych szlaków i nimi podążają w dół.
Zmykając przed burzą lepiej wybierać drogi dłuższe, ale bez odcinków łańcuchowych.
Ładunek elektryczny trafiający w szczyt nie kończy na nim swojej drogi. On musi się rozprzestrzenić – zwykle w głąb ziemi. Tak się jednak składa, że najmniejszy opór elektryczny występuje nie w głębi skały a na jej mokrej powierzchni. Ładunek spływa więc jakby ze szczytu po powierzchni góry. Jeśli trafi on na stalowy łańcuch płynie po nim jak po drucie. Towarzyszy temu niebieska girlanda ognia i głośny syk odparowującej na stykach ogniw wody. Znalezienie się bezpośrednio na drodze takiej iluminacji przeżyło naprawdę niewiele osób a każda z nich doznała poważnych, dożywotnich kontuzji.
Wystarczy raz w życiu być o kilka metrów od tego zjawiska, by nie pytać o nic więcej w tym temacie. Tak więc z Zawratu, Koziego Wierchu i Krzyżnego należy zmykać do Pięciu Stawów ale ze Szpiglasowej Przełęczy do Morskiego Oka a ze Świnicy w kierunku Kasprowego.
Znalazłszy się w czasie burzy pomiędzy odcinkami łańcuchowymi bezpieczniej jest przeczekać nawałnicę w załomach skalnych niż próbować schodzić. Chroniąc się przed wiatrem i deszczem można stanąć po zawietrznej stronie dużego głazu, ale nie należy opierać się o skałę. W żadnym wypadku nie należy szukać drogi zejścia obok łańcuchów.
Ucieczka szybkim krokiem (nigdy biegiem) przed burzą po otwartych i śliskich od deszczu stokach jest koniecznością, ale idąc w kilka osób nie należy dla utrzymania równowagi, bądź dodania sobie otuchy trzymać się za ręce. Rozpływający się po stoku ładunek elektryczny, zwykle już bez efektów świetlnych, powoduje bowiem inne, bardzo groźne zjawisko.
Im dalej od punktu wyładowania, tym potencjalny ładunek w kolejnych punktach tereny jest mniejszy. To zaś powoduje, że jeśli własnymi ciałami połączymy takie punkty – ładunek może popłynąć właśnie przez nasze ciała. Nasze zlane deszczem ubrania świetnie przewodzą prąd. Jeśli wcześniej były przepocone - są dla przepływu prądu elektrycznego tak doskonałe jak metalowy drut. Im dłuższy łańcuch trzymających się za ręce osób tym prawdopodobieństwo porażenia większe a ładunek elektryczny groźniejszy.
Opisywano już przypadki porażenia prądem dolnej części ciała na drodze pomiędzy dwoma stopami idącego turysty. Stąd zresztą naukowa nazwa zagrożenia – napięcie krokowe. Zjawisko to tym łatwiej następuje im bardziej przemoczone są buty. Poruszać się więc należy stosunkowo niedużymi krokami i unikać dotykania podłoża rękoma.
Co poradzić wędrującym w trampkach lub przemoczonych „adidasach” nie wiem. Jeśli nie posłuchali wcześniejszych rad niech teraz stoją i czekają na miłosierdzie Natury.
Z powyższego można wnioskować, że jeśli nie wiadomo co robić, to najlepiej przeczekać. I to jest prawda. Przetrwanie kataklizmu w bezruchu i potężnym stresie jest często trudną ale najmądrzejszą decyzją.
Niestety popołudniowe burze, a te są najczęstsze, mogą trwać do nocy i przy braku latarki zmusić do biwakowania aż do rana. Bez ciepłej odzieży i grubej kurtki taki biwak wysoko w górach nawet latem trudno w ogóle przeżyć. Ubrać należy wtedy wszystko co mamy, także zapasową bieliznę a od wierzchu zabezpieczyć się opisaną w rozdziale „Apteczka” folią NRC.
Jeśli po przeczekanej burzy złapią nas ciemności, należy natychmiast po ucichnięciu grzmotów nadawać sygnały wzywania pomocy krzykami lub lepiej gwizdkiem. Najskuteczniejszy jest wtedy telefon komórkowy, którego nigdy nie należy używać w otwartym terenie w czasie burzy . Przy braku zasięgu trzeba niestety wejść wyżej, co może okazać się po ciemku nadzwyczaj trudne. Przy dużym szczęściu przed świtem pomoc nadejdzie. Jeśli biwak wypadnie nam wysoko w skałach - nie będzie nawet z czego rozpalić ogniska.
Nic nie jest tak ważne w obliczu nadchodzącego załamania pogody jak możliwie najszybsze i bezpieczne znalezienie się wszystkich bez wyjątku uczestników wycieczki na dole albo co najmniej w schronisku.
Schroniska po to są budowane, aby były schronieniem (stąd nazwa) dla turystów właśnie w takich warunkach. Wynikające z powierzchownych obserwacji powszechnie panujące domniemanie, że ich głównym celem jest stwarzanie możliwości napicia się piwa lub wysłania widokówek jest całkowicie błędne.
Żadnemu turyście polskie schronisko nie odmówi schronienia a nawet noclegu w obliczu burzy czy zapadającej nocy. Nawet w sezonie przy największym tłoku można być tego absolutnie pewnym. Inna sprawa, że oczywiście za posiłek czy nocleg trzeba zapłacić, ale drzwi polskich schronisk są otwarte także w nocy. Czasem noc trzeba będzie przetrwać w kocu na podłodze, ale jest to stokroć lepsze niż biwak w skałach. Poza granicami kraju (już na Słowacji) z gościnnością w zatłoczonych schroniskach bywa bardzo różnie i bez wcześniejszej rezerwacji można mieć duże kłopoty. Inna sprawa, że tłok zdarza się tam raczej rzadko.
W każdym polskim schronisku górskim jest dyżurka ratowników. To u nich należy szukać pomocy w wypadku wszelkich kłopotów ze zdrowiem, choćby chodziło o zwykłe rozwolnienie czy ból głowy.
Jeśli na wycieczce ktoś zasłabł i zostawiono go na szlaku wraz z opiekunem, to właśnie w dyżurce ratowników należy szukać dla nich pomocy o każdej porze dnia i nocy. Dyżur ratownika to właśnie bezustanne oczekiwanie na wiadomość o kimś potrzebującym pomocy w górach. Trzeba tylko powiedzieć gdzie ten potrzebujący czeka na pomoc. Jeśli dobrze określi się miejsce, wcale nie trzeba ratowników tam prowadzić. Resztą zajmą się sami. Zmachany drogą turysta tylko by im przeszkadzał.
Jeśli ktoś przebrnął przez powyższy tekst, należy mu się nagroda -
Góry są dla wszystkich...