Zajrzałem do najdawniej nie odwiedzanego tematu w grupie "Wszystko o Tatrach", poczytałem i włos mi się zjeżył na głowie.

Mam kontakt z góralami (nie tylko podhalańskimi) od ponad czterdziestu lat, a od piętnastu lat bywam na Podhalu corocznie, czasem po kilka razy.
Przy dłuższych i częstszych pobytach czuję się półpodhalaninem. Poznałem swoich sezonowych gospodarzy, sąsiadów i kumów (kumoszki też, czemu nie) od lepszej i od gorszej strony, wżyłem się w ich środowisko i ich codzienność, i muszę Wam powiedzieć, że dobrze się czuje wśrod nich (bardziej chciałoby sie powiedzieć "wśród nas"). Ci ludzie (gorale) często lepiej mi leżą niż tawarzystwo z innych, równinnych regionów...
Górale uchodzą za bardziej pazernych od innych, pewnie tacy są, ale niech Was ręka boska broni przez generalizowaniem - poza bliską rodziną tylko na Podhalu u zaprzyjaźnionych gazdów mogę skorzystać z darmowego lub półdarmowego zakwaterowania gdy w kieszeni tylko podszewka... i jeszcze strawą się podzielą... wiec jak to jest naprawdę?
U bacy wcale nie musi być niechlujnie i niemiło... i nie jest, w przeciwnym wypadku nie jadałbym oscypków, bryndzy i nie pijał żętycy... a ja to spożywam na zdrowie i w wolnych chwilach sam garnę sie do bacówki. Gaździny nie są mniej schludne, czyste i gospodarne od gospodyń z innych regionów.
Podajecie przykłady niegrzeczności, prostactwa... Śmiać się z tego trzeba, i tyle. Wszędzie znaleźć można najrozmaitsze egzemplarze homo, nie rzutujące znacząco na obraz nacji.
Wyszedłem na adwokata górali? Ja ich nie bronię! Ja bronię sam siebie i nas wszystkich przed pochopnymi uogólnieniami.
Jedno mnie martwi w stanie górali podhalańskich - że Tatr nie znają

, że chodzą tam tylko na borówki albo po drzewo

- ale w nas ceprach drzemie możliwość zaprowadzenia górali w góry, na szlak, na perć, na wierch (pochwalę się bez fałszywej skromności, że mam już na swoim koncie sporą liczbę górali z górami zapoznanymi)
Odnośnie targów z góralem z sankami też mam fajną (troszkę wycudowaną w określeniach pokrewieństw) opowieść obrazującą jak fajnie jest potargować bez zaangażowania:
czwartek (Dolina Kościeliska)
Dziś mamy do wyboru dwie alternatywy: 1 - Miętusia, 2- Kościeliska. Jeszcze w samochodzie sprawa nie jest rozstrzygnięta, ale już na parkingu słyszę moją granny:
- Nie ma mowy! Nie idę na Miętusią. Lawiny mnie zabiorą!...
Rozmowy nie było. Ruszyliśmy ku Schronisku pod Ornakiem. Śnieg pada z przerwami, ale tylko chwilami kurzyło mocniej. Można powiedzieć, że pogoda sielska. Mróz silny, ale za to śnieżek miękki i puszysty. Nie chcę jechać sankami, wiec „za karę" ciągnę je sam. Towarzystwo mamy zmienne, najpierw wędrujemy razem z Kubą - moim rówieśnikiem, i jego rodzicami, później gwarzę trochę ze spotkaną Justyną i jej koleżanką (to nic, że są prawie w wieku mojej mum, która teraz pracuje za wszystkich w rodzinie, pogadać przecież można). W schronisku życzę sobie zupkę i jestem kontent, ale porcja przekracza moje możliwości. Mniej zadowolony jest fundator, bo - jak mówi - na Słowacji za smaczniejsze i ładniej podane zupki płaci dwa razy mniej. Posilamy się przy jednym stole z trochę starszymi ode mnie rodzeństwem: Oskarem i Weroniką; to stwarza okazję, żeby wracać potem razem. W drodze do Kir, z góry w dół choć niezbyt stromo, cały nasz sprzęt ślizgowy aż jęczy pod naszymi pupskami, a my prześcigamy się w karkołomnych figurach. Niedościgniony jest Oskar, który raz po raz ginie w obłoku puchu lądując w zaspach. Zmrożeni na zewnątrz, rozpaleni w środku, gwarno i ze śmiechem docieramy do Polany Pisanej gdzie na środku drogi gazdowie rozcierają zmarznięte ręce i przytupują nogami obok równie zmarzniętych koni zaprzężonych do sań.
- Taka zapora młodej parze zrobiona - to się nazywa chyba brama? - zagaduje mój old man.
- …ale my się nie wykupimy wódką, bo jej nie mamy - Oskar mommy.
- Dutki mamy, a tu o to chodzi.
Jasne, że o nic innego.
- Chodźcie, panie, to pojedziemy. Tanio będzie - najobrotniejszy gazda zdejmuje obrok.
- Tanio - to ile? - grandame próbuje się dowiedzieć, choć nikt nie ma ochoty na sannę.
- Za 60 złotych pojadę.
- 40 i obie rodziny weźmiecie - kontrpropozycja of Weronika's dad jest ciosem poniżej pasa.
- 50 - próbuje targować się gazda, a jego koń pewnie by szczękał zębami jak by umiał.
- Rezygnujemy. 40 - ostatnie słowo, zresztą wcale nam się nie chce jechać - ostatnie nana's słowo.
Pojechaliśmy.
- Ale musicie piątkę dorzucić, inaczej być nie może - próbuje jeszcze w saniach gazda.
- …to wysiadamy. Za parę dni warszawianie przyjadą na ferie, to będą płacić więcej. My nie z Warszawy więc nie tak bogaci, a poza tym jak się umówiliśmy na 40, to musi tak zostać - papa Weroniki zdecydowanie ucina targi, a sześcioosobowa reszta gości dzialnie mu sekunduje.
…koniom aż grało w sercach z uciechy (i pod kopytami też), że już nie muszą marznąć dalej na Polanie Pisanej.
Nie koniec na tym tej uczty śnieżnej. Po powrocie do domu posiłek i hajda na wzgórek nad Czarnym Dunajcem, gdzie jeszcze tego dnia nie ślizgały się nasze narty…
Wieczorem po kolacji gramdmamma zmuszona była ogłosić „dzień dziecka" i wszyscy skwapliwie powędrowali „na ostatnich nogach" do łóżek bez wieczornego mycia. Hi hi…
Całość tu >
http://www.wirtualne-tatry.pl/forum/viewtopic.php?t=3
_____________________
Ludzie są różniści
a wszyscy pewnie jednako nie lubią, jak się ich uogólnia i uśrednia