"Wiekie szczyty zdobywa się małymi krokami"
"Wiekie szczyty zdobywa się małymi krokami"
Tytuł może nieco przewrotny. Co czujecie, gdy nie uda się zrealizować konkretnego, misternie planowanego wejścia na wyjeździe, na który czekacie czasami cały rok? Nie mówię tu o n-tym wejściu na dany szczyt ale o "dziewiczym" przejściu. Czy po kolejnej nieudanej próbie mówicie sobie...dobra, wrócę tu za rok, mimo iż to samo mówiliście rok, dwa lata temu?
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Odpowiem też przewrotnie - Rosjanie mają takie powiedzonko - "wsiech nie prze***iesz!" Jest dalszy ciąg - już po polsku - "ale starać się trzeba".Iwona pisze:Tytuł może nieco przewrotny.
I to jest cała filozofia. Po pierwsze góry nie uciekną a dostępne dla nas nie są w terenie sejsmiczno aktywnym ani wulkanicznym. A jeśli nawet już coś się nie uda tak ostatecznie - jak mnie Wysoka, chyba pięć razy mnie pogoda spędziła - to też nie powód do tragedii.
Jest tylko jeden problem - ocieplenie i "ucieczka" lodowców. Ponoć niektóre miejsca są nie do poznania i co tu dużo ukrywać - ponoć znacznie straciły na urodzie. Najbardziej spektakularny przykład to Kilimanjaro. Praktycznie nie ma już słynnych opiewanych śniegów Kilimanjaro, tego białego stożka znanego z tysięcy zdjęć i filmów. Jak coś spadnie to podobno zaraz się topi i poniżej krateru są tylko smętne resztki. To ma swój aspekt gospodarczy - podobno wpływy z turystyki w masywie Kilimanjaro to ok. 20% dochodu narodowego Tanzanii a turystów z roku na rok mniej - góra traci kult. A Tanzania to cholernie biedny kraj.
Jestem gorszego sortu...
Pod Wołowcem byłam już chyba 3 razy zimą i też pogoda nie pozwoliła na wejście. Takich "Wołowców" mam więcej na liście. Normalnie wydaje mi się, że góra gra mi na nosie....i chyba za to ją też lubię, bo ma skubana charakterekJanek pisze:A jeśli nawet już coś się nie uda tak ostatecznie - jak mnie Wysoka, chyba pięć razy mnie pogoda spędziła - to też nie powód do tragedii
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
To jest i moja filozofia i paru bliskich znajomych górołazówJanek pisze:Odpowiem też przewrotnie - Rosjanie mają takie powiedzonko - "wsiech nie prze***iesz!" Jest dalszy ciąg - już po polsku - "ale starać się trzeba".Iwona pisze:Tytuł może nieco przewrotny.
(oczywiście chodzi o góry)
A nawet jak tak napisałaś to przypomniała mi się pewna konkretna rozmowa ... z powyższym cytatem w treści. (ech, i nawet pamiętam scenerię, gdzie się odbywała)
Tylko ja się staram co roku jeździć gdzie indziej, bo raczej nie "zaliczam" szczytów a poznaję nowe pasma górskie.
Mam jednak takie szczyty na których zależało mi bardziej niż na innych i wcale to nie były góry najwyższe - tylko prostu ładne, z ładnymi widokami.
Konkretnie w ostatnich latach zależało mi na wejściu na Ineul i na Farkaul - i na oba te szczyty weszłam (przy okazji na parę innych).
Natomiast nie weszłam na najwyższy szczyt Karpat Wschodnich - Pietros Rodniański (wycofałam się raz, a drugi raz - wcale nie podeszłam), ale ... jakoś wcale mnie tak bardzo nie ciągnie.
Za to do takiej Skupowej to się w tym roku przymierzę już po raz trzeci (mam nadzieję ze w końcu na nią wejdę) bo akurat na tej górze mi zależy - jest po prostu piękna. Pamiętam taki widok na nią z Dziembroni, kiedyś o zachodzie słońca - po prostu zakochałam się
Nigdy absolutnie nigdy jednak nie "szaleję" i nie idę gdzieś na siłę, raczej czasem wycofuję się przedwcześnie.
--------
Dlaczego ten temat jest w pokoju o Tatrach - przecież dotyczy wszystkich gór ?
Pozdrowienia
Basia
A jeszcze jedno chciałam napisać - kiedyś przez wiele, wiele lat marzyłam o pewnych górach.
Góry były blisko, lecz całkiem nieosiągalne. Wydawały się jak na księżycu.
O tych górach było dostępne bardzo wiele literatury, wielokrotnie rozmawiałam z ludźmi, którzy w tych górach bywali, oglądałam zdjęcia.
Ale sama pojechać nie mogłam i nikt nie mógł w nie pojechać. Dla mnie taki stan trwał kilkanaście lat.
W końcu po wielu latach moje marzenie się spełniło - pojechałam w te góry.
Nie zawiodły mnie - są piękne.
Trudno nawet opisać co czułam podchodząc pierwszy raz na szczyt o którym marzyłam kilkanaście lat - i nawet nie liczyłam na to, ze na niego kiedyś uda mi się wejść.
--------
Zagadka - jakie to góry ? I co się stało że mogłam w nie pojechać ?
Pozdrowienia
Basia
Góry były blisko, lecz całkiem nieosiągalne. Wydawały się jak na księżycu.
O tych górach było dostępne bardzo wiele literatury, wielokrotnie rozmawiałam z ludźmi, którzy w tych górach bywali, oglądałam zdjęcia.
Ale sama pojechać nie mogłam i nikt nie mógł w nie pojechać. Dla mnie taki stan trwał kilkanaście lat.
W końcu po wielu latach moje marzenie się spełniło - pojechałam w te góry.
Nie zawiodły mnie - są piękne.
Trudno nawet opisać co czułam podchodząc pierwszy raz na szczyt o którym marzyłam kilkanaście lat - i nawet nie liczyłam na to, ze na niego kiedyś uda mi się wejść.
--------
Zagadka - jakie to góry ? I co się stało że mogłam w nie pojechać ?
Pozdrowienia
Basia
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
jedyne góry co sa blisko gdzie absolutnie nie dało się pojechać to chyba Lewockie, ale nie sa one dobrym kandydatem na obiekt marzeń.Zagadka - jakie to góry ? I co się stało że mogłam w nie pojechać ?
W takim razie stawiam na Marmarosze, bo leżąc na granicy radziecko - rumuńskiej były też niedostępne.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun
Ja naszczęście jeszcze nie miałem żadnego wycofu i nigdy też żadnego tak centralnie-upatrzonego, niepoznanego jeszcze szczytu, ale myśle że jakby kiedyś taki wycof miał miejsce, próbowałbym nawet następnego dnia ponowic próbę. Bo za rok, to na pewno i próbowałbym tak zaplanowac, żeby tym razem wypaliło.
A jakby mnie jakiś szczyt 'wyganiał' po kilka już razy, to chyba bym się podrapał po głowie i zrezygnował z niego na jakiś czas.
I oczywiscie na żaden szczyt nigdy pchac się na siłe nie będe, byle deszczyk i w dół, bo po co wchodzic jak wszystko w chmurach i bez widoków. A wszelakie ambicje żeby sprawdzic siebie i 'zaliczyc' w końcu ten cholerny szczyt, zostawiam w domu.
A jakby mnie jakiś szczyt 'wyganiał' po kilka już razy, to chyba bym się podrapał po głowie i zrezygnował z niego na jakiś czas.
I oczywiscie na żaden szczyt nigdy pchac się na siłe nie będe, byle deszczyk i w dół, bo po co wchodzic jak wszystko w chmurach i bez widoków. A wszelakie ambicje żeby sprawdzic siebie i 'zaliczyc' w końcu ten cholerny szczyt, zostawiam w domu.
-
uzależniona
-

- Posty: 66
- Rejestracja: wt 14 sie, 2007
- Lokalizacja: tak zwane Jaworzno ;)
Ja jeszcze nie miałam tak, żebym dużo razy próbowała gdzieś wejść i się nie udawało. Jeśli musiałam się gdzieś wycofać to już za drugim razem się udawało. Miałam tak np. w przypadku Świnicy no i może jeszcze Rakonia. W tamtym roku próbowałam jeszcze wejść na Rysy, ale od tego czasu na razie nie próbowałam, więc nie wiem za którym razem się uda.
Jeśli chodzi o Świnicę i Rakonia to nie byłam raczej zawiedziona czy coś, ale jak zawróciłam z drogi na Rysy to bardzo żałowałam.
Jeśli chodzi o Świnicę i Rakonia to nie byłam raczej zawiedziona czy coś, ale jak zawróciłam z drogi na Rysy to bardzo żałowałam.
Góry, góry i jeszcze raz góry:)
Pozdrawiam!
Pozdrawiam!
zeszlej zimy nie udalo mi sie wejsc na Giewont od polnocy. Odpadlam na Blachach. W tym roku znacznie podszkolilam sie we wspinaniu zimowym i wiem ze teraz nie mialabym takich klopotow. Nastepnej zimy dokoncze ten plan, jak beda dobre sniegi i lod.Iwona pisze:Co czujecie, gdy nie uda się zrealizować konkretnego, misternie planowanego wejścia na wyjeździe, na który czekacie czasami cały rok? Nie mówię tu o n-tym wejściu na dany szczyt ale o "dziewiczym" przejściu. Czy po kolejnej nieudanej próbie mówicie sobie...dobra, wrócę tu za rok, mimo iż to samo mówiliście rok, dwa lata temu?
Mont Blanc jest jedyna gora na ktora nie bede probowac wchodzic drugi raz. Nie umiem tego wytlumaczyc, ale bardziej zalezy mi na Giewoncie.
Pozdrawiam
uszba
wracając z Alp do domu też tak sobie rozmyślałam ale dziś wiem, że jednak chcę spróbować. Po prostu wiem, że za ileś tam lat bym żałowała, że była okazja a odpuściłamuszba pisze:Mont Blanc jest jedyna gora na ktora nie bede probowac wchodzic drugi raz
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Po pierwsze góry nie uciekną a dostępne dla nas nie są w terenie sejsmiczno aktywnym ani wulkanicznym.
Naprawimyszkoda,że skąd inąd ciekawy temat zszedł na psy
Najpierw myślisz :
- co za pech
- znowu cholerna pogoda
Potem :
- coś źle zaplanowałem
- mogłem zrobić inaczej
Później :
- A niech mnie : zrobie jeszcze raz i wtedy się uda
- Porażka ale się dużo nauczyłem
Za jakiś czas :
- Nie zrobiłem ale fajnie było
- Wróce tam jeszcze
Dużo wody upłyneło :
- Jadę i zrobię teraz
I tak w kółko . Marzenia , próby ,wejścia , porażki ... plany
staszek pisze:Najpierw myślisz :
- co za pech
- znowu cholerna pogoda
Potem :
- coś źle zaplanowałem
- mogłem zrobić inaczej
Później :
- A niech mnie : zrobie jeszcze raz i wtedy się uda
- Porażka ale się dużo nauczyłem
Za jakiś czas :
- Nie zrobiłem ale fajnie było
- Wróce tam jeszcze
Dużo wody upłyneło :
- Jadę i zrobię teraz
I tak w kółko . Marzenia , próby ,wejścia , porażki ... plany
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Re: "Wiekie szczyty zdobywa się małymi krokami"
Po pierwsze to serdecznie dziękuję za posprzątanie.Iwona pisze:Tytuł może nieco przewrotny. Co czujecie, gdy nie uda się zrealizować konkretnego, misternie planowanego wejścia na wyjeździe, na który czekacie czasami cały rok? Nie mówię tu o n-tym wejściu na dany szczyt ale o "dziewiczym" przejściu. Czy po kolejnej nieudanej próbie mówicie sobie...dobra, wrócę tu za rok, mimo iż to samo mówiliście rok, dwa lata temu?
Postaram się odpowiedzieć - co czuję:
w pierwszym momencie "och fajnie że leje i nie muszę tam iść".
W drugim momencie - żal, złość na siebie, że tak łatwo się poddaję.
Po powrocie do domu i przemyśleniu - ponowne plany, ale nigdy tak aby powtarzać dokładnie tak samo.
Zawsze się staram aby nowa wycieczka tylko zahaczała o cel nie zrealizowany, ale tez było w niej całkiem coś nowego.
Przykład:
W roku 2003 pierwszy raz zobaczyłam Skupową z Dziembroni i stwierdziłam ze to piękna góra i warto by było na nią wejść, nie udało się z braku czasu.
Ponownie byłam tam w roku 2005 już z planem wejścia na nią. Nie udało się na początku pobytu z powodu pogody, potem zmieniłam trasę przez Połoniny Hryniawskie, aby jeszcze na nią wrócić i jak lunęło to lalo dwa dni dosłownie bez przerwy. A potem musieliśmy już wracać.
W roku 2007 w weekend majowy przypadkiem 2 godz,. przed wyjazdem się dowiedziałam że koledzy tam jadą, ale jednak nie zdecydowałam się jechać i dołączyć do nich tak w ostatniej chwili.
Byłam już omówiona z kimś innym na Słowację. Ostatecznie się okazało ze ten ktoś inny wystawił mnie do wiatru i wrócił wcześniej, ja zostałam w 2 dni sama w Górach Strażowskich (i strasznie mi było wtedy smutno), a jak wróciłam to się dowiedziałam, że koledzy którzy pojechali na Ukrainę weszli na tą "moją" górę.
Gdybym wtedy popełniła pewne szaleństwo i pojechała za nimi na Ukrainę - pewnie by się udało.
Na prawdę do teraz żałuję.
Niemniej planuje tą górę znowu w tym roku w lipcu, w połączeniu z Czywczynem, którego nie planowałam wcześniej, ale tez jest ładny.
Pozdrowienia
Basia
Staram się oddzielać marzenia niespełnialne od realizowalnych choćby teoretycznie. Tych drugich najczęściej dosięgam ,jestem uparty i cierpliwy.
Z tatrzańskich marzeń - 3 razy wchodziłem na Małą Wysoką (jak to mówią ,jak nie psa urok to majstra imieniny - ulewy,zadymki śnieżne ,nawet pobłądzenie we mgle na stoku ,co tylko chcecie). W końcu wszedłem łońskiego roku i to przy inwersji i krystalicznym powietrzu ,jak rzadko.
Z najbliższych marzeń do zrealizowania w Tatrach Lodowy i Żelazne Wrota , poza Tatrami przejście przez Przełęcz Zdechej Krowy
Z tatrzańskich marzeń - 3 razy wchodziłem na Małą Wysoką (jak to mówią ,jak nie psa urok to majstra imieniny - ulewy,zadymki śnieżne ,nawet pobłądzenie we mgle na stoku ,co tylko chcecie). W końcu wszedłem łońskiego roku i to przy inwersji i krystalicznym powietrzu ,jak rzadko.
Z najbliższych marzeń do zrealizowania w Tatrach Lodowy i Żelazne Wrota , poza Tatrami przejście przez Przełęcz Zdechej Krowy
luknij na moje panoramy i galerie
Pewnie wiele nas różni,a odczucia podobnew pierwszym momencie "och fajnie że leje i nie muszę tam iść".
W drugim momencie - żal, złość na siebie, że tak łatwo się poddaję.
Po powrocie do domu i przemyśleniu - ponowne plany, ale nigdy tak aby powtarzać dokładnie tak samo.
Zawsze się staram aby nowa wycieczka tylko zahaczała o cel nie zrealizowany, ale tez było w niej całkiem coś nowego.
pozdr.
smolik
"Góry są środkiem, celem jest człowiek.
Nie chodzi o to aby wejść na szczyt, robi się to,
aby stać się kimś lepszym."
Nie chodzi o to aby wejść na szczyt, robi się to,
aby stać się kimś lepszym."
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
Ja w takich wypadkach mówię sobie słowami bohaterki filmu "Przeminęło z Wiatrem" Scarlet O'Hara - "jutro też jest dzień..."
- trudno, nie tym razem.
Tyle razy jesteśmy w Tatrach i nie byłam na Giewoncie.
Były wprawdzie trzy podejścia, raz wystraszyła nas burza, drugi raz tłumy przy podejściu i zejściu, innym razem jeszcze coś innego.
Góry dla cierpliwych - za którymś razem się uda
.
Na pocieszenie - rozmawialiśmy kiedyś ze spotkaną turystką, która 30 lat chodzi po Tatrach i też nie była, a w dodatku oświadczyła, że nie ma zamiaru tam się pchać...
Zawsze jest jakiś żal, że nie wyszło, ale nie trzeba tracić nadziei i próbować dalej...
Spróbujemy w jakimś ładnym czerwcowym dniu o 5 rano...
Ala
.
- trudno, nie tym razem.
Tyle razy jesteśmy w Tatrach i nie byłam na Giewoncie.
Były wprawdzie trzy podejścia, raz wystraszyła nas burza, drugi raz tłumy przy podejściu i zejściu, innym razem jeszcze coś innego.
Góry dla cierpliwych - za którymś razem się uda
Na pocieszenie - rozmawialiśmy kiedyś ze spotkaną turystką, która 30 lat chodzi po Tatrach i też nie była, a w dodatku oświadczyła, że nie ma zamiaru tam się pchać...
Zawsze jest jakiś żal, że nie wyszło, ale nie trzeba tracić nadziei i próbować dalej...
Spróbujemy w jakimś ładnym czerwcowym dniu o 5 rano...
Ala
Zakochani w Tatrach



