Jak zwykle w czwartek przygotowania, w piątek o godz. 7 rano - wyjazd. Na razie nic nie zapowiada ładnej pogody, mży, a potem pada - ale moja wiara czyni cuda.... - musi być. Za Myślenicami zaczęło się wypogadzać
Żeby nie marnować dnia - pojechaliśmy prosto do Starego Smokowca, z zamiarem wędrówki na Hrebieniok.
Tym razem też mieszkaliśmy u naszej gażdzinki w Zakopanym, mimo, że postanowiliśmy zajrzeć trochę w Tatry Słowackie.
Moje pierwsze wrażenie - okropne
- ale miasteczko bardzo ładne.



Postawiłam samochód na parkingu i szybko na szlak. Z tej prędkości poszliśmy niebieskim, zamiast zielonym - co po pół godz. marszu nam spracowało..




Idziemy dalej - do Rainerowej Chaty. Toż to nawet chateczka, ale jaka przyjemna !!!

W środku cieplutko, naokoło mnóstwo ciekawych przedmiotów wyeksponowanych - jest co oglądać..

Odpoczynek przy piwku i trzeba wracać. Przed Chatą kilka dużych śniegowych rzeżb, nadwyrężonych trochę temperaturą, ale jeszcze widać ślady ich pierwotnej świetności.


Powrót już zielonym szlakiem, bez problemów. Po drodze minął nas czerwony wagonik kolejki... - pieszo przyjemniej..
Za to jazda po serpentynach do Zakopanego do przyjemnych nie należała. Mało tego, że ciemno, to jeszcze lodowe koleiny i na dodatek dziury. Męka pańska, a nie jazda. Dotarliśmy na kwaterę około 18.30. Bagaże do góry, prysznic i do łóżek.
Na drugi dzień rano - do okna. Pogoda taka sobie, sporo chmur, trochę wieje. Widok z okna mamy na panoramę Tatr - dość marnie to wygląda. Z drugiej strony - trochę bardziej optymistycznie, choć nie do końca. Moja wiara w to, że będzie ładnie była jednak niezachwiana. Ubieramy się i idziemy do Gąsienicowej. Tyle razy tam byliśmy, ale zawsze z jednakową przyjemnością wracamy, wręcz tęsknię za tym widokiem...



Przed wyjazdem do Zakopanego kupiłam dla nas tzw. raczki - do chodzenia po śliskich drogach. REWELACJA !!!. Przydały się bardzo, bo dosłownie wszystkie szlaki były śliskie, a niektóre bardzo, nawet Ścieżka pod Reglami, nie wspominając już o Kościeliskiej (o tym póżniej).
Im wyżej podchodziliśmy, tym ładniej robiło się na niebie, a ja byłam w swoim "siódmym". Było bardzo ciepło. Tak naprawdę trochę zimy można zobaczyć wyżej w górach. Zakopane szare i bure, całkiem bez śniegu. Niestety wyżej trochę wiało. Wyciąg z Gąsienicowej na Kasprowy nie chodził, kolejka również. Na Królowej Równi trzeba było szybko wkładać kurtki, bo podmuchy momentami były dość silne. Za to widoki - jak zwykle - niezawodnie piękne.



Wstąpiliśmy do Murowańca trochę zjeść i odpocząć. W schronisku ludzi dużo, prawie wszystkie miejsca zajęte, ale za kilka minut sporo osób wyszło i zrobiło się przyjemniej. Narada - przy piwku - co dalej. Wracać szkoda, bo tak pięknie się wypogodziło... Idziemy nad Czarny Staw, tam zimą jeszcze nie mieliśmy okazji być.
Szlak zimowy troche inaczej prowadzi - dołem - i jak potem zobaczyliśmy - słusznie. Mały Kościelec lawiniasty, widać ślady - niezbyt może wielkich lawin, które przeleciały przez letni szlak. Nie chciałabym się znależć na ich drodze....

Widoki - mimo, że znane - zapierają dech, a pogoda zrobiła się cudna. Ludzi mało, spokojnie i przepięknie....





Powrót przez Boczań przy zachodzie słońca...Różowo oświetlone zbocza gór...bajkowo...W styczniu też nam sie trafiło, ale za każdym razem widowisko zachwyca kolorami...Mozna się gapić w nieskończoność, aż ostatnie promienie znikną za niewidzialnym horyzontem...



Tak też się gapiliśmy, aż zrobiło się ciemno już w połowie szlaku przez Boczań. Nic to - mamy czołówki, trafimy. Schodzenie w raczkach - komfortowe w porównaniu do styczniowego, też w ciemnościach egipskich i śliskim szlaku. W raczkach szło się pewnie, jak po chodniku przed blokiem
Na jutro planujemy wyprawę nad Zielony Staw Kieżmarski. C.d.n. Ala


















































