Nie zdziwię się, jeżeli podniosą się na forum głosy oceniające nasze zachowanie w innych kategoriach niż porażkowe. Zdania są bowiem podzielone nawet między nami. Ja osobiście podczas trwającej kilkanaście godzin podróży powrotnej dręczyłem się myślami o klęsce, jaką poniosłem na górze, walczyłem ze swoimi wielkimi ambicjami, natomiast Dorota była z nas bardzo zadowolona, przebąkiwała coś o sukcesie i najlepszej decyzji, jaką mogliśmy podjąć....
No ale zacznijmy od początku. W środę po pracy szybko się pakujemy (jak zwykle zapominając wielu istotnych drobiazgów) i lecimy na pociąg. Zaczęły się ferie, więc mamy stosunkowo szybkie połączenie bezpośrednie. Zakopane wita nas .....deszczem i brakiem śniegu. Różne już warunki zimowe widziałem w tym mieście po przyjeździe, ale tak brudno, szaro i mokro to tam jeszcze nie było. Jakie warunki taka i frekwencja, więc w okolicach dworca zupełne pustki. Szybko łapiemy busa i mkniemy do Kościeliskiej. W dolinie zero ludzi i piękna lodowa polewa na całej szerokości tego popularnego traktu. Przez moment myślimy nawet o założeniu raków, ale kiedy z lasu wyszedł człowiek w nie obuty i podążył przed nami, uznaliśmy, że nie będziemy się ośmieszać:) Decyzja była słuszna, gdyż co chwile zdarzały się odcinki wytopione do kamieni, tudzież lodowo-błotna breja. Szkoda mi było naszych butów, a co dopiero raków:)
Trochę nam zeszła ta walka na kościeliskim lodowisku, więc nie było sensu wybierać się na jakąś wielogodzinną trasę. Na taką ewentualność byliśmy (przynajmniej teoretycznie) przygotowani. Z myślą o dniu następnym, kiedy to miało nastąpić historyczne przejście postanowiliśmy zrobić rekonesans i przetrzeć szlak, którym mieliśmy następnego dnia schodzić. Wybraliśmy się zatem na Tomanową Przełęcz. Szlak do Wyżniej Tomanowej Polany przetarty stosunkowo dobrze. W nocy spadło trochę świeżego śniegu, ale nie sprawił on nam jakichś wielkich trudności. Im bliżej było rozstaju szlaków tym pogoda była gorsza. Wiatr nie wiał może z porażającą siłą, ale skutecznie utrudniał poruszanie. Na rozstaju skończyły nam się ślady i jak na złość pogorszyła się widoczność. Mieliśmy więc mgłę, wiatr i coś co określiłbym jako śniego-grad. Niby znam tą drogę z lata, ale w tej mgle zupełnie się pogubiłem i wszedłem w zły żleb. Niestety dla nas zbyt późno się zorientowałem o błędzie, byliśmy zbyt wysoko by zrobić korektę i wrócić przed zmrokiem. Wzmagał się wiatr, a my zapadaliśmy się po pas. Nie pozostało nic innego jak odwrót. W drodze powrotnej ćwiczymy hamowanie czekanem przy mniej lub bardziej planowanych zjazdach.




Fatalne warunki w żlebie i nieprzetarcie szlaku na Tomanową postawiły pod dużym znakiem zapytania trasę dnia następnego. Plan był taki – o 4 rano wychodzimy ze schroniska, idziemy przez Ornak, Błyszcz, Kamienistą, Smreczyński, Tomanowy i wracamy Tomanową Przeł. Od znajomego, który pokonał tą trasę samotnie w warunkach zimowych otrzymaliśmy liczne wskazówki co do wariantów, możliwych trawersów i listę miejsc, w których należy iść wyjątkowo czujnie. Dysponowaliśmy też orientacyjnym zestawieniem czasów potrzebnych na poszczególne odcinki. Zejście z przełęczy musiało się odbywać w zapadającym zmroku i dlatego tak istotna była świeża znajomość tej drogi. Z nielicznych osób nocujących tego dnia w schronisku nikt nie dotarł w tamte okolice i nie miał zbliżonych do nas planów. Zgodnie postanawiamy zatem, że nie można sie porywać na tą trasę, skoro w zejściu możemy się mocno zdziwić co do warunków. Z żalem, ale jednak rezygnujemy (kolejny raz!!!) choćby z Kamienistej, na którą tak chciałem wejść tej zimy i ograniczamy plan do osiągnięcia przez Ornak i Liliowy Karb Bystrej. Wieczorem poznajemy Jacka z Gdyni (świat jest mały!), który chodził do tej pory sam. Ochoczo się do nas przyłącza.
Wstajemy zgodnie z planem i o 4 już jesteśmy w drodze na Iwaniacką Przęł. Ten odcinek mija nam szybko, bo śniegu jest bardzo mało. Jacek był poprzedniego dnia na Ornaku, twierdzi, że szlak przetarty. Niepokoi nas dający się już w lesie we znaki wiatr, który niestety się wzmaga. Zaczynamy podejście na Ornak, wieje dość mocno, ale nie to jest najgorsze. To co wczoraj wydawało się Jackowi przetarte, dzisiaj zwyczajnie nie istnieje – wszystko zawiane, pozostały jedynie jakieś kontury ścieżki. Trzymamy się jej, zmieniając się z Jackiem przy torowaniu. Jeszcze przed osiągnięciem grani czuje się zupełnie wypluty. To brnięcie w świeżym śniegu po kolana, to plątanie się nogi w skrytą głęboko w śniegu kosówkę, do tego silny wiatr – to wszystko sprawia, że idziemy już 1h dłużej niż podają znaki.
W końcu osiągamy grań i dopiero wtedy się zaczęło. Wychodzę pierwszy, uderza mnie niesamowita fala powietrza, na którą zupełnie nie byłem przygotowany (no nie w takiej sile!). Klnę coś tam pod nosem, co widać jeszcze bardziej rozzłościło towarzysza Halnego, bo siła podmuchu wzrosła i nie dałem rady utrzymać się w pozycji stojącej. Zapierałem się kijkami, odwróciłem plecami, ale na nic się to zdało – pierwszy raz w życiu wiatr powala mnie jak kłodę na ziemię i znosi w głęboki śnieg poniżej grani. Dorota i Jacek przerażeni stoją w bezruchu i jak widać nie palą się do wychodzenia wyżej. Wygrzebuję się z zaspy i zaczynam się śmiać. Bo czy nie śmiesznie wyglądają teraz nasze schroniskowe plany? Jak długa jest grań Ornaku każdy wie. Skoro leże zaraz po wyjściu na grań to co będzie dalej. Najbardziej obawiałem się końcowego odcinka – Siwych Turni. Co roku tworzą się tam spore nawisy, a grań mocno się zwęża. Przejście tego odcinka wymaga czujności w normalnych warunkach, a teraz? No cóż...
Ostatecznie postanowiliśmy iść dalej tak daleko jak się da. Przekonała nas głównie bardzo wczesna pora. Gdybyśmy zawrócili, bylibyśmy w schronisku o 10, a perspektywa siedzenia w bufecie z tłumem spacerowiczów jakoś nie bardzo nam odpowiadała. Zaczęliśmy więc walkę. Piździło okropnie, po twarzy waliły nam drobinki niesionego przez wichurę pyłu śniegowego. Co chwilę zatrzymujemy się, odwracamy tyłem i zapierając się kijkami „odpoczywamy”. Widoczność się pogarsza. Kto był gdzieś wysoko w górach zimą, gdy wokół jest totalne mleko ten wie, że orientacja nawet w najłatwiejszym terenie staje się bardzo utrudniona. Na grani jest to o tyle niebezpieczne, że bardzo łatwo wejść na nawis. Ledwo wlekąc nogami docieramy na Siwą Przełęcz ok. 11. To przecież 7 h od wyjścia ze schronu – rekord świata!! Jestem zły, bardzo bliski rezygnacji. Gdzie tu Bystra?! Dorota chce wracać, widzę jak bardzo jest zmęczona, że ma dość tej mordęgi. Głupio mi z tego powodu. Doskonale wiem, że ona tu jeszcze jest tylko ze względu na mnie. Wiem, że sama już dawno by zawróciła. Jest ze mną zimą już któryś raz z rzędu, ale nigdy nie mieliśmy takiej pogody. W pamięci miała zapewne ubiegłoroczny wyjazd w lutym na Starorobociański, piękną słoneczną pogodę... Pytam jak sie czuje...Mówi, że jest jej ciepło, że jest sucha, że jeszcze ma troche sił. Dzielna jest ta moja mała Dorotka.







Jacek proponuje, żeby spróbować chociaż dojść do głównej grani. Bierzemy zatem dziaby i ruszamy przez Siwe Turnie. Widoczność fatalna, ale wiem, że nawisy są tu po mojej prawej, więc zakładam ślad idąc dużo poniżej grani. Na przemian głęboki śnieg, trawy, lód...Odcinek zajmujący latem 20 minut, forsujemy w 1 h. Fakt osiągnięcia głównej grani wywodzimy ze słupka granicznego. Ja już wiem, że dalej nie pójdziemy. Jacek namawia, żebyśmy odpoczęli dłuższą chwilę i jednak spróbowali. Nie był nigdy na Bystrej. Tłumaczę mu, że to jeszcze kawał, że grań jest od północy podcięta, a podejście przez Błyszcz wypluje nas tak, że nie damy rady zejść. Mimo tych wszystkich racjonalnych argumentów przeciwko dalszej drodze przemawia do mnie jego zdanie – osiągnięcie najwyższego szczytu TZ w tych warunkach to będzie duży wyczyn. I już prawie ambicja wzięła by górę, gdyby nie Dorotka. Siedziała skryta w wykopanym dołku i wołała mnie. „Zobacz co się dzieje z naszymi śladami Łukasz”. No tak, o tym nikt z nas facetów nie pomyślał. Skoro widoczność jest na 5 m to jedyną bezpieczną drogą zejścia będą nasze ślady. Problem polegał na tym, że nawet te tuż poniżej nas w ciągu 10 minut niemal zupełnie znikły. Gdybyśmy poszli na Bystrą, ze śladów nie zostałoby zupełnie nic. To przekonało mnie, żeby natychmiast wracać. Schodziliśmy bardzo czujnie, wielokrotnie gubiąc ślad i chodząc w kółko celem jego odnalezienia. Po zejściu na Siwą Przełęcz widoczność trochę się poprawiła, więc dalsza droga nie była już tak stresująca. Oczywiście nadal piździło, ale rozmowy o szarlotce pozwalały nam na pokonywanie żywiołu w całkiem dobrych humorach.







Na Iwaniacką dostajemy się z końca grani dupozjazdami w 15 minut. Po drodze spotykamy kilka osób, które wycofały się już z podejścia na Ornak To już koniec emocji na dziś. Czy odnieśliśmy sukces? Dorota twierdzi, że tak.
Jacek następnego dnia opuszcza schronisko i schodzi do Zakopca. My wstajemy ok. 6 i zbieramy się celem powtórnego atakowania Tomanowej Przełęczy. Wychodzimy ze schroniska, a tu leje. Nie tam żaden śnieg, czy nawet śnieg z deszczem tylko zwyczajne deszczyk, który po 15 minutach marszu przechodzi w ulewę. Mając w pamięci pierwszy dzień, szybko dajemy sobie spokój. Mówi się trudno. Na szczęście jesteśmy w Kościeliskiej, a tu atrakcji nie brakuje, tym bardziej, że Dorotka nie była ani w jaskiniach, ani w Wąwozie Kraków. Ten drugi przechodzimy aż do końca, czego akurat nie polecam. Wąwóz za słynną barierką nie jest bardziej urokliwy, za to faktycznie niebezpieczny – spadają kamienie i lawiny. Posiedzieliśmy sobie później w jaskiniach (zupełnie sami!) i dość mocno przemoczeni wróciliśmy do schroniska. Na noc zlazło trochę więcej osób i wszyscy bez wyjątku potwierdzili nasze przypuszczenia co do warunków panujących wyżej.






Niedziela to czas powrotu. Po drodze odwiedzamy jeszcze na prośbę Doroty cmentarz na Pęksowym Brzysku – bardzo klimatyczne miejsce.
Podsumowując wyjazd muszę stwierdzić, że tak fatalnych warunków jeszcze w Tatrach nie miałem. Pozostaje mieć nadzieje, że kolejne spotkanie, tym razem z doliną Mięguszowiecką w lutym wypadnie zdecydowanie lepiej.
Pozdrawiam!
Łukasz



