29 września wybraliśmy się Ścieżką pod Reglami na Przysłop Miętusi, a potem na Małołączniak niebieskim szlakiem - przez Kobylarzowy Żleb. Piękna widokowo trasa. Pogoda wspaniała, ciepło, błękit nieba, pusto na szlaku - czego chcieć więcej do szczęścia...Początkowo łagodnie przez las, widoki na Dolinę Litworową i Mułową - kolorowe, skąpane w słońcu, nad którymi górowały białe zbocza Ciemniaka i Krzesanicy - przepięknie.


Pod nogami na szlaku skały - jak karty tajemniczej księgi - do której chciałoby się zajrzeć....

Im wyżej, tym więcej skał, białych i błyszczących w słońcu ukazuje się przed nami. Dochodzimy do Kobylarzowego Żlebu, wcinającego się w skalne zbocza i dość ostro pnącego się do góry. Trzeba uważać, żeby nie strącić kamienia na idącego niżej - zwłaszcza w górnej części żlebu, gdzie szlak staje się mniej wyrazisty. Tylko dwie osoby nas minęły - i to wszystko. Gdzieś w połowie żlebu - kilkanaście metrów łańcuchów - przydatnych, gdy popada, lub przymarznie.Kiedy jest sucho - można się bez nich obejść, choć szczerze mówiąc - dają poczucie bezpieczeństwa na tej gładkiej skale. Przystajemy co chwila - nie tylko dla odpoczynku. Widok jaki za nami przyprawia o zawrót głowy....








Wreszcie wychodzimy na Czerwony Grzbiet.. i tu znów panorama na Tatry Zachodnie, Podhale no i Giewont na wyciągnięcie ręki..... Siadamy. Trzeba to wszystko wchłonąć na żywo, żeby potem - patrząc na zdjęcia - odtworzyć te chwile jak najdokładniej - z każdym oddechem ciepłego wiatru, zapachem jesiennej trawy, niesłyszalnym szumem białych obłoków, przepływających nad naszymi głowami..... Szlak do góry, na szczyt Małołączniaka - wydaje się nie mieć końca.. Kilka razy myśleliśmy, że to już tu ... no niestety jeszcze trochę do góry...


Wreszcie na szczycie. Tu znów uczta dla oczu... Idziemy na Krzesanicę. Tam chwila namysłu nad dalszym ciągiem wędrówki - przez Ciemniak, czy spowrotem do Przełęczy pod Kopą i do Kondratowej. Przez Ciemniak szlaku nie znamy, a jest już póżne popołudnie. Rozsądniej będzie iść znanym , a nieznany zostawić na inny dzień (to moje zdanie, bo mój pan chciał oczywiście odwrotnie, niechętnie - ale posłuchał). Wracamy i schodzimy do Kondratowej - już właściwie zaczyna zmierzchać. Chwila odpoczynku przy schronisku i od Kalatówek - przy latarkach do Kużnic. Jak zwykle wieczorem na kwaterę. Gdy kilkakrotnie przedłużaliśmy swój pobyt u gażdzinki - zapytałam żartem, czy jeszcze może na nas patrzeć - tak długo siedzimy...a ona tylko westchnęła - "żebym wszystkich turystów takich miała.." No pewnie - rano wychodzą, wieczorem wracają, coś tam przegryzą i idą spać - i tak przez całe trzy tygodnie - są - a jakoby ich nie było..



9 pażdziernika - dalej piękna pogoda - postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich - Starorobociański. Wczesny wyjazd do Doliny Chochołowskiej, samochód na parkingu na Siwej Polanie i w drogę. Pażdziernikowe słońce nie zdążyło jeszcze rozgrzać powietrza, ale szybki marsz spowodował, że nie czuliśmy zbytnio chłodu. Polana Chochołowska cała biała od szronu, a nad tym wszystkim błękit nieba i ostre promienie słońca.

Jednak po dojściu Szlakiem Papieskim do miejsca upamiętniającego tatmto wydarzenie, zrobiło się już tak ciepło, że trzeba było schować do plecaków czapki i polary. Znów pięknie, jesiennie, kolorowo przez Dolinę Jarząbczą. Dość ostre podejście końcowe na Trzydniowiański. Mijamy schodzące dwie pary młodych turystów, które wybrały drogę przez Kulawiec - na pierwszą po przyjeżdzie w Tatry - wędrówkę. Pytali o szlak przez Jarząbczą, widać było, że mieli naprawdę dość. Mówili, że przez dwa dni nie ruszą się z łóżek, tak im ta - trzeba przyznać -
dość ciężka wyprawa dała popalić. Potem nie spotkaliśmy już nikogo, dopiero na szczycie Starorobociańskiego - jedną turystkę z dość sporym sprzętem fotograficznym - miała co dżwigać...ale zdjęcia pewno były ładne..





Idziemy na Kończysty. Przed nami sylwetka wierchu, który jest naszym celem. Ogromny, okolice szczytu "przypudrowane" śniegiem. Pusto, cichutko i pięknie. Trochę wysiłku przy podejściu - nie pozwala odczuć chłodu, dopiero na szczycie szybko zakładamy ciepłe ubrania. Panorama , jaka otwarła się przed nami zachwyca i mimo przenikliwego wiatru - zostajemy tam dłuższą chwilę.




W Dolinie Raczkowej zobaczyliśmy coś niebywałego - wszystkie stawki miały kształt idealnie wykrojonych serduszek. Zdjęcie nie wyszło dobrze, bo tam był już cień, a zoom cyfrowy dodatkowo zamulił tło - szkoda wielka..
Schodziliśy czerwonym szlakiem do Raczkowej Przełęczy, a potem zielonym do Siwej. Słońce schowało się za góry i zrobiło się zimno.

Mieliśmy nadzieję załapać się na rowery w Chochołowskiej ale mimo, że dość szybko pokonaliśmy Dolinę Starej Roboty, niestety nie zdążyliśmy na czas. Trzeba było iść do Siwej Polany na nogach (bolących co nieco).
Wycieczka była przepiękna, widoki niezapomniane, kiedyś tam jeszcze pójdziemy - mam nadzieję. A może - jak nie będzie granicy - wybierzemy się na Bystrą i Błyszcz ? Zobaczymy. Ala





























