Kiedy pierwszy raz wjechaliśmy kolejką na Kasprowy i zobaczyłam Dolinę Cichą - moim marzeniem i celem stało się, żeby tam kiedyś zejść. Ta myśl chodziła za mną, a chęć zrealizowania tego marzenia była tak wielka, że nie brałam pod uwagę realiów (przecież tam jest granica!!!). Na przełomie IX i X/06) spędzaliśmy trzy cudne tygodnie w Tatrach i postanowiłam, że któregoś dnia tam pójdziemy. Widziałam czasem turystów wchodzących i schodzących tamtym szlakiem - więc ?.... idziemy. Plan był taki : na Kasprowy piechotą - bo kolejka nie chodziła z powodu remontu - potem zejście do Cichej żółtym szlakiem z Beskidu, czerwonym przez Cichą i Liptowską Tomanową na Tomanową Przełęcz, potem kawałek czerwonym, a następnie zielonym przez Tomanową po naszej stronie do Kościeliskiej koło schroniska Ornak. Dalej - wiadomo - Kiry - na busik.



Radość z tego pomysłu uleciała błyskawicznie, kiedy dotarliśmy na miejsce, w którym szlak przechodził na stronę słowacką. Widok linki z chorągiewkami i tablicy "Pozor... itd. - szybko przywrócił mnie do rzeczywistości. Muszę przyznać, że z racji wykonywanego zawodu, a co gorsza z natury - jestem tzw. paragrafem, więc ten widok spowodował, że stanęłam jak wryta i ani kroku dalej.... Mój małżonek natomiast, ma charakterek zupełnie przeciwny do mojego, więc na nim słowo pisane nie robi takiego wrażenia - skoro się wybraliśmy - to idziemy. Staliśmy tak dość długą chwilę, w której chęci szarpały się we mnie z tym zakazem, aż od strony słowackiej nadeszły dwie turystki - Słowaczki. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać miło i sympatycznie, przedstawiłam im swoje rozterki, a one bardzo, bardzo serdecznie zaprosiły nas do siebie (tzn do Cichej), przekonywały, że nie ma tam nikogo, nie będzie problemów itd....Tak chciałam tam iść, że rozsądek przegrał i mimo, że - delikatnie mówiąc - nie czułam się komfortowo po zrobieniu czegoś, czego zrobić nie należało - przekroczyliśmy nielegalnie granicę i zaczęliśmy schodzić w dół .
Szlak przepiękny, początkowo w górnej części wśród traw i jagodzin, niżej - trochę skałek do pokonania.Wszystko w jesiennych kolorach.













Byłam tak zachwycona ,że powoli zapomniałam o kłopotach na jakie się narażaliśmy w razie spotkania z filancami i przestałam sobie zatruwać przyjemność spełnionego marzenia. Widocznie ten nasz górski anioł stróż nad nami już wtedy czuwał







Zejście Doliną Tomanową po naszej stronie prowadziło wąziutką ścieżyną wśród kosodrzewiny tak gęstej, że trzeba było się przedzierać. Widać szlak mało uczęszczany.... Momentami bałam się, czy idziemy właściwym, bo oznakowanie wypłowiałe i niezbyt widoczne. Odetchnęłam po wyjściu z tej kosówki, a już całkiem po dojściu na Polanę Wyżnią Tomanową. Do schroniska Ornak dotarliśmy o szarówce, a Kościeliską do Kir - po ciemku (ale z latarkami), w dodatku w tempie ekspresowym, bo to wrzesień i nie wiadomo było, czy busiki jeszcze będą czekały. Nie wiem skąd mieliśmy siły - po tej dość długiej wyprawie - na to, aby w ciągu godziny i kilku minut przelecieć przez całą dolinę....chyba perspektywa spania na ławce tak nas nakręciła
Dobrze, że się wszystko tak szczęśliwie skończyło - na busik zdążyliśmy, filance nas nie złapały - a wycieczka była przecudna





