Tatry to mjejsce zaczarowane,zachwycające i niezapomniane.
Wie o tym każdy kto miał przyjemność być ich gościem.
Chętnie dzielimy się wrażeniami po odbytych wycieczkach,opisując( słowami czy zdjęciami) emocje jakich nam dostarczają.
Zazwyczaj dzielimy się,co zrozumiałe tymi dobrymi zdarzeniami o porażkach mówimy niechętnie,o błędach jeszcze bardziej niechętnie no cóż ja spróbuje.
Wczoraj wraz z grupą przyjaciół udaliśmy się na Hale Gąsienicową.
Cele naszej grupy były dwojakie,dwóch z nas zamierzało odbyć narciarską turę na Krzyżne,a dwóch pozostałych odbyć zimową wspinaczkę Prawym żebrem Skrajnego Granatu.
Pogoda oczywiście znakomita więc po wypiciu kawki w schronisku(oczywiście swojej
Prawe żebro to jeden z zimowych klasyków w otoczeniu Hali zajmujący wprawnym wspinaczą przy dobrych warunkach pewnie ok 3 godz.
Niestety pod ścianę dochodzimy dopiero ok 12 wpołudnie.,hmm kto mógł przypuszczać,że Grudzień ma tak krótki dzień.
Sama wspinaczka jest dość efektowna (jak chyba każda zimą) i dość przyjemna.Po drugim wyciągu stwierdzamy zgodnie,że szanse na osiągnięcie celu przed zmrokiem są znikome.
Postanawiamy więc zjechać do podstawy ściany.Jak pomyśleli tak i zrobili,niestety przy ściąganiu drugiej żyły lina klinuje się w koluchu zjazdowym,cóż złośliwość rzeczy martwych.
Co robić, liny szkoda postanawiamy więc dymać na nowo pod górę i ponownie zjeżdżać.
Gdy jesteśmy już na dole pakujemy się przy ciemniejącym świetle dnia.
Do schroniska docieramy już po ciemku,a nartostradą Gąsienicową zjeżdżamy przy blasku jednej czołówki bo dru ktoś zapomniał zabrać
Jazda na bigfootach przy rozgwieżdżonym niebie to ostatnie moje wspomnienia z tegorocznego sezonu
Fota podstawowa idących na Halę







czerwone-wyście
zielone -zjazd
czarne -ponowne wyjście
Pozdr.
Smolik





