


Na drugi dzień rano pogoda piękna, błękitne niebo, troszkę chmurek gdzieś na horyzoncie. Wybraliśmy się przez Jaworzynkę, Gąsienicową na Przełęcz Świnicką, a potem albo zejściem przez Kasprowy, albo do Kondratowej - zależy od czasu i pogody.



Taka pogoda utrzymała się do południa. Im wyżej w stronę Przełęczy, tym chmur coraz więcej i coraz niższe.Obawialiśmy się, że nic nie zobaczymy na górze.Świnica raz była widoczna, to znów chowała się w białej mgle.


Na Przełeczy trochę turystów, wiało dość mocno.Niesamowicie wyglądały chmury kłębiące się od strony Gąsienicowej, walczące z potężnym zboczem Świnicy, broniącym przejścia na drugą stronę - na razie z dobrym skutkiem. Właściwie po raz pierwszy zobaczyliśmy góry w chmurach, na takiej wysokości, a nie jak dotąd z dołu. Widok niezapomniany. Graniami - jak za szybą - po stronie polskiej biała kotłowanina, a nad Doliną Cichą słońce i mimo niezbyt przejrzystego powietrza - ładnie.

Po przejściu przez Beskid niestety chmury "przelały" się do Cichej, nad Tomanową zrobiło się czarno, i po pogodzie.


Schodziliśmy przez Suchą Przełęcz do Gąsienicowej w chmurze i to nie białej, tylko ciemnej, zimnej, wietrznej i deszczowej.

Wszyscy schodzili z gór, bo nie było już tam co robić. W pewnym momencie, już w niższym odcinku szlaku - szok. Do góry idzie rodzinka z dwoma dziewczynkami. Towarzystwo skurczone z zimna, ubrane w cienkie dresowe bluzy, na gołych nogach plastikowe klapki, dziewczynki w krótkich spódniczkach, bez peleryn. W pierwszym odruchu miałam ochotę nakrzyczeć na tych rodziców, ale się opanowałami i spokojnie odradziłam im kontynuację tej wycieczki: po pierwsze - tam nic już nie widać, po drugie - wyżej w chmurze lodowaty wiatr i deszcz, po trzecie - w takich butach chodzi się pod prysznic,po domu zamiast kapci, ewentualnie na plażę, a nie w góry, po czwarte - gdzie ciepłe ubrania i peleryny, no i po czwarte - połamiecie nogi i narobicie kłopotu sobie i ratownikom z TOPR. Po krótkiej naradzie rodzinnej - na szczęście zawrócili. Różne rodzaje lekkomyślności (delikatnie mówiąc) można spotkać na szlakach..
Kolejny dzień - 30.08 - znów pogoda taka sama, czyli nad Podhalem słonecznie, nad górami stoją chmury. Zachęceni wczorajszymi urokami poszliśmy do Kondratowej, na Przełęcz pod Kopą , Czerwone Wierchy i z Ciemniaka czerwonym szlakiem do Kościeliskiej. Czy coś będzie widać - wielka niewiadoma... W połowie szlaku na przełęcz weszliśmy w chmurę. Spotkani turyści, którzy wracali mówili, że widoczność zerowa, ale żal nam było wracać. Idziemy, może się jednak coś odsłoni. No i rzeczywiście, ku naszej radości po wyjściu na przełęcz - słowacka strona czyściutka, a po naszej - jak wczoraj kłębią się białe chmury. Znów to cudowne zjawisko "szyby" w połowie grani.





Na Małołączniaku uchwyciłam taki widok.... z czymś mi się kojarzy...

Na Ciemniaku odpoczynek i "obiad". Posiedzieliśmy dość długo ciesząc oczy tymi pięknymi widokami. Nawet nie zauważyliśmy jak od strony słowackiej nadeszła gęsta chmura, wszystko dookoła zasłoniła. Zbieramy się na dół, na szczęście sto metrów niżej widoczność była już lepsza. Po dojściu do Chudej Przełączki - przed nami czyściutki widok na Podhale.Góry za nami pozostały w chmurach...


Już po ciemku dotarliśmy do Kir, busik czekał na spóżnionych łazików
Jutro idziemy na Szpiglasowy Wierch






























