Ale spotkaliśmy ludzi, którym się to nie udało. Mimo, że szliśmy bardzo wolno mijaliśmy ciągle trójkę ludzi. Dwoje młodych i chyba zakochanych "prowadzonych" przez jegomościa ok. 50-ki.
Wytrawny turysta. O Tatrach wiedział wszystko i wiedzę swą podopiecznym głosił bezustannie. Przygotowany na każdą okazję. Markowe ciuchy, podarte buty, w plecaku maczeta. TAK, MACZETA!!! Tak długa, że rękojeść wystawała na zewnątrz... Co najważniejsze: zaopatrzony w czekan. Dla mnie wyglądał jak ciupaga ze sklepu z pamiątkami. Ale ja się nie znam. Natomiast Turysta bezustannie nazywał swoje narzędzie czekanem. A (kiedy z nim rozmawiałem) mówił o nim dużo, bo czekan stał się przyczyną zdarzenia, o którym mowa. Otóż na szczycie Giewontu zawiódł swego właściciela, bo kiedy ten oparł na nim cały ciężara swojego ciała, czekan raczył się rozpaść. Metalowa część odpusotowej ciupagi, na której się oparł, spadła z trzonka. Facet ześliznął się z kamienia i upadł na plecy. Przy swoim nienagannym przygotowaniu do wędrówki musiał skorzystać z bandaża elastycznego spotkanych turystek.
Spotkaliśmy go podczas schodzenia kiedy tarasował ścieżkę tuż poniżej łańcuchów. Wybiliśmy mu z głowy pomysł schodzenia z gór. Nakłoniliśmy do zadzwonienia do TOPR (kto sądzi, że miał numer ten się myli) i odstawiliśmy Na Wyżnią Kondracką Przełęcz, aby tam poczekał na śmigłowiec.
Zdjęcia poniżej:
























