Mariusz Bożym
Spisane w 1995 roku.
Reedycja i korekty 2001.
Rozdział 1. Przyjazd.
Nigdy wcześniej nie znałem gór. W czasie szkoły podstawowej nic na ten temat nie wiedziałem, mając zaledwie nikłe wspomnienia znad morza, dokąd rodzice zabrali nas kilka razy, gdy byliśmy jeszcze w wieku przedszkolnym. Prawdopodobnie w siódmej lub w ósmej klasie miałem okazję wyjechać do Ojcowa, malowniczo położonego miasteczka w Górach Świętokrzyskich. Pamiętam, że duże wrażenie wywarły na mnie olbrzymie formy skalne, wystające z ziemi na wysokość kilkudziesięciu metrów, całe szarobiałe, gdzieniegdzie porośnięte mchem lub nawet drzewami, niesamowite w swym pięknie i wyniosłej postawie. W połączeniu z górską ciszą, szumem wiatru i potoków, miejsce to po raz pierwszy pozwoliło mi odczuć przyjemną ulgę, wyciszenie i spokój. Człowiek staje się wtedy leniwy, nie tak jak to rozumiemy potocznie, ale w innych, estetycznych kategoriach. Pamiętam również olbrzymią skałę, która wywarła na mnie największe wrażenie: Maczuga Herkulesa.
Od strony technicznej rzecz wyglądała zwyczajnie. Podróż szkolnym autobusem w towarzystwie całej klasy oraz wychowawcy, niejakiego pana Lange, jedzenie przeciętne, kwatery możliwe, czyli nic ciekawego. Chciałbym tu nadmienić, że po raz pierwszy byłem w "górach" z moim obecnym (wtedy jeszcze nie) przyjacielem Piotrem. Nie zdawaliśmy sobie jeszcze wtedy sprawy, że staną się one w niedługim czasie naszą pasją...
Po raz pierwszy zdecydowałem się wyjechać w Tatry latem 1993 roku. W owym czasie nauki pobierałem w zacnej uczelni zwanej oficjalnie Liceum Handlowo-Kupieckim w Warszawie przy ulicy Otwockiej, na poziomie klasy II. W tejże szkole miałem przyjemność poznać Kasię (wkrótce małżonkę Piotra - M.B. 2004) i to ona właśnie zainicjowała naszą wyprawę. Nie miałem wówczas pojęcia, co to są Tatry i do czego służą, dlatego właśnie jej przypisuję wprowadzenie mnie w ów tajemniczy, górski świat. Oprócz Katarzyny pojechała jej znajoma - Marta oraz Piotrek właśnie. Było nas czworo. Przynajmniej na początku...
Podróż na południe nie należała do najprzyjemniejszych, a to głównie za przyczyną nieznośnego dla mnie środka komunikacji, jakim jest autobus dalekobieżny polskiej marki. Pod koniec trasy czułem się cokolwiek nieswojo i na wszelki wypadek usadowiłem się w pobliżu najbliższej, foliowej torebki. Kolega Piotrek miał nawet pewne obiekcje co do koloru mojej twarzy, wydaje mi się jednak, iż była to przesada. Jedno jest pewne: na podróż autokarem nie przygotowałem się zbyt dobrze. Brakowało picia, proszków łagodzących protesty żołądka, szmatki do rak, a już najbardziej przewiewnego obuwia "upałowego" typu klapki. Pamiętam, że z zazdrością patrzyłem na innych, ubranych jak na plaży w Beverly Hills. Cóż, doświadczenie przychodzi z czasem...
Nie to było jednak najważniejsze. Autobus wtoczył się do Zakopanego porą popołudniową i jak to zwykle bywa, dowiózł nas do dworca PKS w dole miasta. Pamiętam to dokładnie - wysiadając poczułem na sobie coś wspaniałego - powiew czystego, chłodnego i tajemniczego wiatru, który coraz częściej wypierał owo przyjemne i rozleniwiające ciepło słońca, chylącego się już ku ogromnym, wręcz kosmicznym cieniom, cieniom bez końca, schowanym w coraz cięższych, ołowianych chmurach, napływających od strony Słowacji. Powietrze wokół dworca było bardzo parne, dookoła czuć było wilgoć. Drzewa szumiały coraz głośniej, ptaki zaś, zdawały się uwijać w pośpiechu, chcąc jakby uciec od czegoś, co miało nastać nieuchronnie. Szykowała się górska burza. Wrażenie niesamowite i niezapomniane. Właśnie w takiej atmosferze uporaliśmy się z lukiem bagażowym polskiego autobusu, gotowi do podboju świata. W porównaniu z podrożą, czułem się teraz jak młody bóg, bez problemu więc udałem się z Piotrem za dziewczynami, zdany na ich łaskę i niełaskę w poszukiwaniu kwater. Szliśmy około 15 minut w górę miasta ulica Jagiellońską, aż do jej końca, gdzie mieszkała babcia Marty. Nasza kwatera znajdowała się kilka domów poniżej, na przeciwko wylotu niedużej uliczki z pensjonatu "TATRY", umiejscowionego na zboczu góry Antałówki. Kiedy tylko dziewczyny udały się w swoja stronę, zdaliśmy sobie sprawę, że w zasadzie nie wiemy co ze sobą począć. Na szczęście przytomna pseudogaździna wnet zaprowadziła nas do dwuosobowego pokoju, nie mogąc się już zapewne doczekać przyjemnego szelestu banknotów. Doba noclegowa kosztowała nas wówczas 70 tysięcy zł. Jak na owe czasy dość dużo, jednak my byliśmy i tak w siódmym niebie, ciesząc się, że w ogóle jest gdzie spać. Tak to przeważnie za pierwszym razem bywa. Kiedy, dopełniwszy wszelkich formalności finansowo-poznawczych legliśmy na łóżkach, rozległ się pierwszy grzmot. Lunął deszcz, jakiego dawno nie widziałem. Pamiętam, że byłem w szampańskim nastroju, a w powietrzu czułem przygodę. Duże i ciężkie krople wciąż bębniły o szybę, zagłuszając od czasu do czasu fantastyczny szum potoku Bystra, który płynął dosłownie tuż za ściana.
c.d.n.




