FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum

Poprzedni temat «» Następny temat
Pierwsze kroki w Tatrach: relacja sprzed 10 lat
Autor Wiadomość
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Pon 29 Lis, 2004   Pierwsze kroki w Tatrach: relacja sprzed 10 lat

Nie wiem, jak to się stało, ale zapomniałem, że 10 lat temu popełniłem swoją pierwszą w życiu górską relację i po dziś dzień nie opublikowałem tego na forum. Niniejszym naprawiam ten błąd i rozpoczynam powieść w odcinkach. Proszę o wyrozumiałość - to było pisane dekadę temu kiedy byłem jeszcze niepełnoletni i miałem zupełnie inne poglądy niż teraz.
:)

Mariusz Bożym
Spisane w 1995 roku.
Reedycja i korekty 2001.


Rozdział 1. Przyjazd.

Nigdy wcześniej nie znałem gór. W czasie szkoły podstawowej nic na ten temat nie wiedziałem, mając zaledwie nikłe wspomnienia znad morza, dokąd rodzice zabrali nas kilka razy, gdy byliśmy jeszcze w wieku przedszkolnym. Prawdopodobnie w siódmej lub w ósmej klasie miałem okazję wyjechać do Ojcowa, malowniczo położonego miasteczka w Górach Świętokrzyskich. Pamiętam, że duże wrażenie wywarły na mnie olbrzymie formy skalne, wystające z ziemi na wysokość kilkudziesięciu metrów, całe szarobiałe, gdzieniegdzie porośnięte mchem lub nawet drzewami, niesamowite w swym pięknie i wyniosłej postawie. W połączeniu z górską ciszą, szumem wiatru i potoków, miejsce to po raz pierwszy pozwoliło mi odczuć przyjemną ulgę, wyciszenie i spokój. Człowiek staje się wtedy leniwy, nie tak jak to rozumiemy potocznie, ale w innych, estetycznych kategoriach. Pamiętam również olbrzymią skałę, która wywarła na mnie największe wrażenie: Maczuga Herkulesa.
Od strony technicznej rzecz wyglądała zwyczajnie. Podróż szkolnym autobusem w towarzystwie całej klasy oraz wychowawcy, niejakiego pana Lange, jedzenie przeciętne, kwatery możliwe, czyli nic ciekawego. Chciałbym tu nadmienić, że po raz pierwszy byłem w "górach" z moim obecnym (wtedy jeszcze nie) przyjacielem Piotrem. Nie zdawaliśmy sobie jeszcze wtedy sprawy, że staną się one w niedługim czasie naszą pasją...
Po raz pierwszy zdecydowałem się wyjechać w Tatry latem 1993 roku. W owym czasie nauki pobierałem w zacnej uczelni zwanej oficjalnie Liceum Handlowo-Kupieckim w Warszawie przy ulicy Otwockiej, na poziomie klasy II. W tejże szkole miałem przyjemność poznać Kasię (wkrótce małżonkę Piotra - M.B. 2004) i to ona właśnie zainicjowała naszą wyprawę. Nie miałem wówczas pojęcia, co to są Tatry i do czego służą, dlatego właśnie jej przypisuję wprowadzenie mnie w ów tajemniczy, górski świat. Oprócz Katarzyny pojechała jej znajoma - Marta oraz Piotrek właśnie. Było nas czworo. Przynajmniej na początku...
Podróż na południe nie należała do najprzyjemniejszych, a to głównie za przyczyną nieznośnego dla mnie środka komunikacji, jakim jest autobus dalekobieżny polskiej marki. Pod koniec trasy czułem się cokolwiek nieswojo i na wszelki wypadek usadowiłem się w pobliżu najbliższej, foliowej torebki. Kolega Piotrek miał nawet pewne obiekcje co do koloru mojej twarzy, wydaje mi się jednak, iż była to przesada. Jedno jest pewne: na podróż autokarem nie przygotowałem się zbyt dobrze. Brakowało picia, proszków łagodzących protesty żołądka, szmatki do rak, a już najbardziej przewiewnego obuwia "upałowego" typu klapki. Pamiętam, że z zazdrością patrzyłem na innych, ubranych jak na plaży w Beverly Hills. Cóż, doświadczenie przychodzi z czasem...
Nie to było jednak najważniejsze. Autobus wtoczył się do Zakopanego porą popołudniową i jak to zwykle bywa, dowiózł nas do dworca PKS w dole miasta. Pamiętam to dokładnie - wysiadając poczułem na sobie coś wspaniałego - powiew czystego, chłodnego i tajemniczego wiatru, który coraz częściej wypierał owo przyjemne i rozleniwiające ciepło słońca, chylącego się już ku ogromnym, wręcz kosmicznym cieniom, cieniom bez końca, schowanym w coraz cięższych, ołowianych chmurach, napływających od strony Słowacji. Powietrze wokół dworca było bardzo parne, dookoła czuć było wilgoć. Drzewa szumiały coraz głośniej, ptaki zaś, zdawały się uwijać w pośpiechu, chcąc jakby uciec od czegoś, co miało nastać nieuchronnie. Szykowała się górska burza. Wrażenie niesamowite i niezapomniane. Właśnie w takiej atmosferze uporaliśmy się z lukiem bagażowym polskiego autobusu, gotowi do podboju świata. W porównaniu z podrożą, czułem się teraz jak młody bóg, bez problemu więc udałem się z Piotrem za dziewczynami, zdany na ich łaskę i niełaskę w poszukiwaniu kwater. Szliśmy około 15 minut w górę miasta ulica Jagiellońską, aż do jej końca, gdzie mieszkała babcia Marty. Nasza kwatera znajdowała się kilka domów poniżej, na przeciwko wylotu niedużej uliczki z pensjonatu "TATRY", umiejscowionego na zboczu góry Antałówki. Kiedy tylko dziewczyny udały się w swoja stronę, zdaliśmy sobie sprawę, że w zasadzie nie wiemy co ze sobą począć. Na szczęście przytomna pseudogaździna wnet zaprowadziła nas do dwuosobowego pokoju, nie mogąc się już zapewne doczekać przyjemnego szelestu banknotów. Doba noclegowa kosztowała nas wówczas 70 tysięcy zł. Jak na owe czasy dość dużo, jednak my byliśmy i tak w siódmym niebie, ciesząc się, że w ogóle jest gdzie spać. Tak to przeważnie za pierwszym razem bywa. Kiedy, dopełniwszy wszelkich formalności finansowo-poznawczych legliśmy na łóżkach, rozległ się pierwszy grzmot. Lunął deszcz, jakiego dawno nie widziałem. Pamiętam, że byłem w szampańskim nastroju, a w powietrzu czułem przygodę. Duże i ciężkie krople wciąż bębniły o szybę, zagłuszając od czasu do czasu fantastyczny szum potoku Bystra, który płynął dosłownie tuż za ściana.

c.d.n.
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Pon 29 Lis, 2004   

Ależ się rozanieliłam tą opowieścią :) Normalnie przypomniał mi się mój pierwszy wyjazd w góry do Bystrzycy Kłodzkiej na kolonie.Też jechałam z woreczkiem w pogotowiu hehe
czekam na ciąg dalszy z wypiekami na twarzy :D
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004   

Rozdział 2. Pierwsze podboje.

Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się z Kaśka i Martą pod Krokiew, jedna z wielu gór, stanowiących granicę między przyrodą, a miastem. Znajdują się na niej trzy skocznie narciarskie, które latem nie należą raczej do najpiękniejszych zakątków miasta. Wspięliśmy się po stromych, niebieskich schodkach na sam szczyt, skąd roztacza się wspaniała panorama Zakopanego, a nawet całego Podhala. Najlepszym dowodem stanu w jakim się znajdowałem jest cały film foto, zużyty w jedno popołudnie. Jest tam zdjęcie nowoczesnego zakopiańskiego kościoła, jak również pięknego widoku z jego tarasu. To właśnie stąd wyruszają coroczne pielgrzymki na Giewont, symbol miasta i wiary, w których uczestniczą ludzie w bardzo różnym wieku, od małych dzieci po starców. Wracając jednak do skoczni - wejście na nią nie jest wcale rzeczą prosta i dla kogoś, kto pierwszy raz w życiu wspina się na taką wysokość może stanowić nie lada wysiłek. Sama Krokiew ma wiele ponad 1000 m n.p.m.
Wieczór zastał nas bardzo zmęczonych, i to zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W drodze powrotnej, kiedy zdążyło się już nieco ściemnić kupiliśmy jeszcze kilka pocztówek oraz chleb. Bardzo trudno wyrazić uczucie, które ogarnia człowieka, przygotowującego samodzielnie posiłek w warunkach polowych: na podłodze, między plecakiem, a pościelą gotuje się woda, chlapiąc miarowo to na lewo, to na prawo. Na reklamówce, spełniającej bohatersko funkcje deski do krojenia leżą kilkucentymetrowe pajdy chleba, pokrojone niedużym scyzorykiem, a tuż obok nich pasztet otwarty tym samym harcerskim narzędziem. Pierwszego dnia podłoga była jeszcze czysta, co działo się potem, łatwo się domyśleć. Jedno jest pewne, odczuwałem wtedy owe przyjemne wibracje, mogąc po raz pierwszy radzić sobie samemu, mając jednocześnie świadomość, że nie muszę wcale tego robić. Przecież mogłem wrócić, kiedy tylko chciałem. Nie przyszło mi to jednak ani razu do głowy.
Potok wciąż szumiał i szumiał, jakby cierpliwie zapraszał do snu. Wyspać się jednak tej nocy nie było nam dane, a to z powodu potężnej, górskiej burzy, która przetoczyła się północą nad miastem. Błyskawice co chwila rozjaśniały okolicę, sprawiając, że przez moment można było zobaczyć każdy szczegół na pobliskim drzewie. Nie miało ono zresztą ani chwili wytchnienia targane na wszystkie strony silnym, halnym wiatrem. Grzmoty były bardzo głośne, powodując, że obudziliśmy się obaj prawie jednocześnie. Potok rwał jakby ostrzej, sprzymierzając się z przeklętą siłą natury. Deszcz dzwonił coraz głośniej, musieliśmy więc dobrze domknąć szyby. Takiej burzy od tamtej pory jeszcze nie widziałem. Następnego dnia rano, przywitała nas piękna, słoneczna pogoda.
Po raz pierwszy przekroczyłem granice TPN kierując się żółtymi znakami ku Dolinie Białego. Po dojściu do skoczni narciarskich udać się należy na prawo, wzdłuż Drogi pod Reglami, aż do wrót doliny. Droga ta otrzymała miano "Drogi Żelaznej", a to dzięki jej wykorzystywaniu w XIX wieku do transportu surowców do kuźnickiej huty. Szlak w wielu miejscach przecina Biały Potok, co w połączeniu z ogromnymi skalnymi ścianami, zamykającymi dolinę to z lewej, to z prawej strony, sprawia, że jest jednym z najpiękniejszych zakątków naszych Tatr. Z przyczyn ściśle związanych z kondycją płci pięknej, zmuszeni byliśmy zawrócić w połowie drogi, jednakże po kilku dniach udało nam się zdobyć Czerwoną Przełęcz (1303m) oraz pobliską Sarnią Skałę (1377m), stanowiących uwieńczenie spaceru doliną.
Były to pierwsze "poważne" osiągnięcia trekkingowe naszej "tatrzańskiej kariery". Jak podaje przewodnik Józefa Nyki, nazwa ostatniego szczytu pochodzi od pewnej grupy skałek, kojarzącej się ponoć z rogami jeleni. Widok z Sarniej Skały jest dla niedzielnych gości czymś niezwykłym i zaskakującym. Tuż obok, chciałoby się powiedzieć - na wyciagnięcie ręki, ogromny Giewont, który widziany od strony północnej, kojarzy się bardziej z pionowa ścianą, aniżeli ze śpiącym rycerzem, odstraszając śmiałków swym chłodem i niedostępnością. Przy dobrej pogodzie można bez lornetki dostrzec ludzi na owym szczycie, a jeżeli już takową posiadamy, warto skierować za jej pośrednictwem swój wzrok na Zakopane i całe Podhale, widziane stad w całej swej okazałości. Właśnie w takim momencie następuje przełom w życiu turysty. Albo złapie bakcyla i od tej pory wciąż będzie o górach myślał, albo też czym prędzej zejdzie do miasta w poszukiwaniu pożywienia i rozrywek chmielowo-muzycznych, narzekając całą drogę na brak chodnika. Oczywiście istnieje cały szereg postaw pośrednich, są ludzie z chęciami, lecz bez kondycji, są też tacy, którzy kochają południe naszego kraju jedynie przez tydzień lub dwa w roku.
Na nieszczęście dla Tatr, z roku na rok nasilają się wizyty całych chmar tzw. turystów pamiątkowych. Chcąc prawdopodobnie pozostać w pamięci potomnych niszczą, depczą, śmiecą i rysują gdzie popadnie, zabierając z kolei ze sobą dużo chronionych i rzadkich okazów fauny i flory. Chociaż są większością, szczęśliwie rzadko opuszczają granice miasta i łatwiejszych dolinek.
_________________
Na rowerze
 
 
Luki


Dołączył: 15 Mar 2004
Skąd: Otwock
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004   

przypomina mi się moja pierwsza wyprawa w 92 roku....ta sama trasa tylko że z doliny Srążyskiej ...to były czasy :D
 
 
 
Kert



Dołączył: 24 Paź 2004
Skąd: Łódź
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004   

zapomnieliście o tej rozpierajacej pierś dumie "taternika" i zdobywcy wszystkich szczytów ;)
_________________
(nie)codziennie fota z Tatr - www
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004   

Kurcze Mariusz Ty naprawdę masz talent :) Im dłużej czytam,tym bardziej jestem przekonana,że książka ze wspomnieniami forumowiczów sprzedawała by się jak ciepłe bułeczki :D No i jeszcze coś, coś dziwnego dzieje się człowiekowi w duszy,jak to czyta...Ostatnio odrobinkę zaniedbałam swój górski pamiętnik,ale widzę,że warto do niego wrócić-na starość,kiedy już siły człowieka opuszczą,to poczytawszy odmłodnieje....
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004   

Iwona, to nie talent, to zwykłe pisanie! Przyznam ci natomiast rację, ze bardzo miło wraca się do takich spisanych wspomnień po 10, 30, 50 latach... Dziś w życiu bym sobie nie przypomniał tych szczegółów które tam są zapisane. Wyjazdów były już dziesiątki, wszystko się miesza...
:)

Cieszę się, że znalazł się choć jeden czytelnik, w takim razie kontynuuję serię dalej.
:D
_________________
Na rowerze
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004   

Mariusz napisał/a:
Cieszę się, że znalazł się choć jeden czytelnik, w takim razie kontynuuję serię dalej.
POWAŻNIE PROSZĘ O JESZCZE!!!!! Super się to czyta. :) :) :)
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
pawelpp


Dołączył: 26 Paź 2004
Skąd: Warszawa
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Fajne opowiadanko, proszę o ciąg dalszy :-)
 
 
Czesiek



Dołączył: 20 Wrz 2003
Skąd: Wrocław
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Mariusz napisał/a:
.....po 10, 30, 50 latach...


:) :) :) ;) dziesięć rozumiem, ale 20 i 30? - spoko Mariusz - jeszcze ze STO razy musisz odwiedzić Taterki :)

Mariusz napisał/a:
Cieszę się, że znalazł się choć jeden czytelnik, w takim razie kontynuuję serię dalej.


Dobrze wiesz, że nie jeden Mariuszu :)
Ja też czytam - tylko troszkę inaczej to u mnie z Tatrami było. Wiek mój był inny gdy je zobaczyłem po raz pierwszy. :D

Pisz dalej - proszę - ja Twój tekst czytałem już (a może dopiero?) dwa razy. :)
 
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

No po takiej zachęcie, uderzam za moment z kolejnym rozdziałem!
;)
_________________
Na rowerze
 
 
Luki


Dołączył: 15 Mar 2004
Skąd: Otwock
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

czekamy :D
 
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Rozdział 3. Dydaktyczny.

Przez większą część pobytu zdani byliśmy z Piotrem tylko na siebie. Mając wciąż w pamięci zimny i ponury kształt Giewontu, decydowaliśmy się raczej na wycieczki po okolicznych wzgórzach i wsiach, jak również poznawaliśmy powoli samo Zakopane. Myślę, że nie zdawaliśmy sobie wtedy jeszcze sprawy, jak wspaniałą rzeczą są wysokogórskie wędrówki. Ale o tym w swoim czasie. Najpierw wspięliśmy się na Antałówkę, niepozorne wzgórze w południowo-wschodniej części miasta, które potem stało się naszą bazą wypadową i miejscem medytacji przez wiele lat. Wzniesienie w całości porośnięte trawą, a od Zakopanego oddzielone wąskim paskiem lasu, ma nieco poniżej 1000 metrów n.p.m. Z jego szczytu rozlega się przepiękna panorama Tatr, której ustępuje jedynie widok z Gubałówki. Ileż to razy, wylegując się w popołudniowym słońcu po całodziennej, męczącej wyprawie wpatrywaliśmy się z mapą w główną grań, starając się rozszyfrować już poznane szczyty. Sarnia Skała, Giewont, Kasprowy, Nosal, Krokiew - mogliśmy już je wskazywać z zamkniętymi oczami. Ileż razy w oślepiającej jasności poranka, z plecakami na plecach wypatrywaliśmy celu dzisiejszej wyprawy, ileż gwiazd ujrzało nas leżących na zboczu z koniczyną w ustach... W późniejszych latach, właśnie na Antałówce zaznaczałem pomarańczowym mazakiem dopiero co przebyte szlaki i drogi, przegryzając od czasu do czasu resztki suchego chleba, popitego wodą mineralną. Przeważnie sam...
Innym razem, zupełnie nieświadomie, udaliśmy się szlakiem im. Jana Kasprowicza wprost do poświęconego mu muzeum na Harendzie. W typowo góralskiej chacie zgromadzono wiele, często bardzo cennych dzieł, tego poety, który w przepięknym stylu opisywał góry ("Melodia mgieł nocnych"). Za wstęp płaci się symboliczną kwotę. Sądzę, że każdy z odrobinę choć humanistyczną duszą powinien to miejsce odwiedzić. Z Harendy, skracając sobie nieco szlak "dobiliśmy" na skos od znaków czerwonych, udając się za nimi do mekki niedzielnego turysty - "kompleksu leżakowo-pizzowego" na Gubałówce. Jest to rozległy i łagodny grzbiet o wysokości w najwyższym punkcie 1123m, ograniczający Zakopane od północy. Na wzgórze dojechać można w ciągu 10 minut kolejką, zbudowaną na rok przed II wojną światową. Pełno tu dzieci, opalających się zimą i latem mam, można tu smacznie zjeść i pooglądać góry. Relaks gwarantowany. Najkrótsza droga piesza wiedzie stad do miasta szlakiem czarnym, z którego zresztą nie omieszkaliśmy skorzystać. Podstawowy błąd, jaki popełnia każdy nieuświadomiony turysta, to kojarzenie koloru szlaku ze stopniem jego trudności. Nic bardziej mylnego. Pamiętam, że schodząc z Gubałówki byliśmy bardzo dumni z łatwości, z jaką nam przychodziło pokonywanie tej drogi, podczas gdy w tym samym czasie helikoptery GOPR'u ratowały z opresji traperów z Orlej Perci (notabene - szlak czerwony).
Prawdopodobnie podczas pierwszego pobytu w Tatrach po raz pierwszy odwiedziłem Kasprowy Wierch (1955m) oraz nasz pierwszy dwutysięcznik Beskid (2012m). Poznaliśmy wówczas dwie, sympatyczne dziewczyny z Bochni, co bez wątpienia wpłynęło na częstsze niż dotąd odwiedziny pubów i barów. Z Kaśką zaś, i z Martą widzieliśmy się przeważnie raz dziennie na basenie COS'u. Basen ten szczególnie lubię odwiedzać na jesieni i w zimię, gdyż poprzez ogromną, szklaną ścianę można pływając, oglądać dumny i okryty mgłą Giewont. Samopoczucie po wyjściu z basenu jest tym lepsze, im większy wysiłek podjęty był kilka lub kilkanaście godzin wcześniej. Jeżeli jest się smutnym, albo zmęczonym, stanowi on wyśmienite i niezawodne lekarstwo.
A poza, tym właśnie po pływaniu ma się najlepsze sny... Innym basenem, odwiedzanym przeze mnie równie często jest zbiornik cieplicowy na zboczu Antałówki. Czynny od wiosny do jesieni, stanowi nie lada atrakcję dla chętnych wody, świeżego powietrza, słońca i widoku gór na raz. Ja najczęściej, chcąc uniknąć tłumów, pływam tam wcześnie rano lub późnym popołudniem. To naprawdę niesamowite, że można w bardzo chłodne wieczory, pływając na plecach oglądać wschód księżyca, a potem wygrzać się pod gorącymi kaskadami, przypłacając to jedynie przelotnym "katarkiem" na drugi dzień. Pływanie stało się stałym punktem naszych pobytów w Tatrach.
Słów jeszcze kilka o ulicy Krupówki. Prawda jest taka, że od samego początku odnosiliśmy się z wrogością do wszelkich przejawów cywilizacji w górach.. Nie korzystaliśmy z taksówek, ani autobusów, nie chodziliśmy do dyskotek, ani knajp, zapuszczając się jedynie do miasta, w celach poznawczo-konsumpcyjnych. Dlatego tez ulica Krupówki nie cieszyła się u nas zbytnią sympatią. Przynajmniej na początku...
Będąc zarówno fizycznym, jak i społecznie uznanym centrum Podhala, skupia w sobie wszystkie rodzaje sklepów, barów, restauracji, pubów, dyskotek, bilardów itp. Można tu kupić przeróżne pamiątki, zamówić sobie karykaturę, albo też zapalić trawkę z najbliższym harekrishną. Pełno tu ciekawych książek i map, oryginalnych pocztówek oraz albumów. Ulica ta ma jedną dziwna cechę. Jakkolwiekby ktoś się starał, nigdy nie uda mu się jej opuścić z taką sama kwota pieniędzy, z jaka wyruszył z kwatery. Wieczorami zbiera się tu tłumna mieszanina ludzi z różnych grup społecznych, w celach towarzysko-kacowych, dla których góry różnią się od morza jedynie zawartością soli w wodzie. Spotkać jednak na Krupówkach można także prawdziwych taterników i ludzi gór, którzy wpadają na nie od czasu do czasu uzupełnić swe zapasy lub po prostu chcąc się zabawić.

c.d.n. :]
_________________
Na rowerze
Ostatnio zmieniony przez Mariusz Śro 01 Gru, 2004, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Luki


Dołączył: 15 Mar 2004
Skąd: Otwock
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Super... Mariusz dawaj jeszcze ...świetny opis...masz talent chłopie:)
 
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

No tak,kolejny kawałek, który podobnie jak Czesiek,przeczytam pewnie jeszcze kilka razy :)
Mariusz, w jakiej formie przechowujesz te zapiski? No i nie zauważyłam na końcu bardzo lubianego ostatnio przeze mnie zwrotu.... cdn,ale to zwykłe niedociągnięcie,prawda?Prawda,że będzie ciąg dalszy? No powiedz,że tak :) plizzzzzzzz
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Miałem to jedynie w formie pożółkłego maszynopisu, ale te dzisiejsze technologie... (OCR)
:)

P.S. Luki, tej opowiastki nie piszę ja - to pisał jakiś facet 10 lat młodszy ode mnie, niestety już niewiele mam z nim współnego.
_________________
Na rowerze
 
 
Luki


Dołączył: 15 Mar 2004
Skąd: Otwock
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Mariusz napisał/a:
P.S. Luki, tej opowiastki nie piszę ja - to pisał jakiś facet 10 lat młodszy ode mnie, niestety już niewiele mam z nim współnego.



ale talent do pisania pozostał:)
 
 
 
Mariusz



Dołączył: 15 Wrz 2003
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Luki napisał/a:
ale talent do pisania pozostał

A nie wiem, dawno gościa nie widziałem. :D
_________________
Na rowerze
 
 
Luki


Dołączył: 15 Mar 2004
Skąd: Otwock
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Mariusz napisał/a:
A nie wiem, dawno gościa nie widziałem.






No to na co czekasz.... czas odświeżyć stare kontakty :D :D
 
 
 
Szarotka



Dołączył: 07 Lut 2004
Skąd: Pięknoduchowo
Wysłany: Śro 01 Gru, 2004   

Właśnie miałam napisać to samo,co Luki ale telefon mnie od forum oderwał :D
Mariusz napisał/a:
to pisał jakiś facet 10 lat młodszy ode mnie, niestety już niewiele mam z nim współnego.
niepokoi mnie słowo "niestety" :( Mariusz,koniecznie dokonaj korekty w swoim życiu,aby słowo niestety uleciało daaaaaleko ;)
_________________
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group