Przeczytałem raz jeszcze całą dyskusję. Nie trudno zauważyć, że post Włóczęgi (czy był prowokacją? Nie wiem. Nie sądzę, mimo werbalnego stwierdzenia) przez wiele dni nie znajdował odpowiedzi. Nie dlatego, że czułem się przegrany lub załamany - to nie moja specjalność. Dlatego, że nie chciałem a powody tego niech pozostaną moją tajemnicą. Powiem jedynie to: Włóczęgą jest jedną z nielicznych tu osób, które znam osobiście i żywię, nadal żywię, należałoby powiedzieć, wiele szacunku. Włóczęga wyznaje, tak mi się wydaje, tzw. romantyczne podejście do gór. Podejście, które szanuję ale którego nie podzielam. Dlaczego - powiem tylko jedno - żyję już dość długo, w tym w górach, i mam z nich sporo obserwacji i doświadczeń, czasami przykrych i bolesnych. I dlatego postanowiłem nie odpowiadać. Z pełną premedytacją.
Niestety z jakiś tam powodów to nie pasowało Horolezcowi i dyskusję rozpętał. W dodatku podgrzewał i to mimo ostrzeżeń - nie z mojej strony, ale i innych. W końcu zmusiło mnie to do wypowiedzi. Wbrew, jak sądzę oczekiwaniom Horolezca, nie była ona dyskusją z Horolezcem, lecz wypowiedzią "techniczną". Głównie poświęconą sprawom bezpieczeństwa.
Weekendowy sposób bywania w Tatrach niepokoi mnie od dłuższego czasu. Nie tylko mnie, pogadajcie z TOPR-owcami. Oczywiście inaczej sprawa wygląda w przypadku mieszkających w Tarnowie, Krakowie, Katowicach, Bielsku czy Limanowej tak jak Gosia. Oni mają tzw. żabu skok. Ale mieszkańców Warszawy i wszystkich dalszych miejscowości już tak. Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład - po śmierci Birkenmajera zastanawiano się dlaczego tak wytrawny alpinista tak nagle zasłabł. Podniesiono wówczas, że Birkenmajer prosto po podróży nocnym pociągiem z Poznania poszedł w góry - podjechał co prawda furką konną do Roztoki ale potem już pieszo przez długą Białą Wodę, kiepski biwak i dalej już na Ganek. W dodatku przy kiepskiej pogodzie. Czy to nie daje do myślenia. A przypominam, że rzecz dotyczyła bardzo wytrawnego taternika i alpinisty, którego kondycja i doświadczenie na pewno przewyższało i to wielokrotnie kondycję i doświadczenie przeciętnego turysty z Warszawy, Gdańska czy Poznania, który prosto z pociągu lub po nocnym prowadzeniu samochodu rusza na Rysy lub Orlą Perć. Można powiedzieć - tylko na Rysy czy Orlą Perć - ale to nie prawda - zważywszy na tą różnicę raczej trzeba powiedzieć - aż na Rysy czy OP.
Druga sprawa to te nieszczęsne zwyczaje "podłogowe", które suę tak rozpowszechniły w naszych schroniskach. Powtarzam - nic mi do tego kto jak śpi i gdzie śpi. W namiocie nie jest wiele wygodniej choć zapewne higieniczniej. Ale rozpowszechnienie tego procederu nie jest ze strony zarządców schronisk żadnym dobrym uczynkiem - jest zwyczajnym skokiem na kasę połączonym z naruszeniem praw tych co zapłacili za nocleg. Pisał o tym kiedyś na
www.topr.com.pl tak wytrawny znawca gór jak AndrzejZ. Pisał też o tym p. Marek Pawłowski, zarządca schroniska w Roztoce (gdzie ten proceder nie jest prowadzony). Pisali w tym samym duchu co ja. Zagrożenie pożarowe to druga sprawa. Czy naprawdę musi dojść do tragedii, podczas której sporo osób spali się żywcem a inne zostaną zadeptane. Osobom nie mającym "fantazji" i patrzącym na to tylko z takiego punktu widzenia - GDZIE JA BĘDĘ SPAŁ - przypominam pożar podczas koncertu w Stoczni Gdańskiej i niedawną katastrofę autokaru w Alpach. W jednym i drugim przypadku miano przepisy w nosie bo przecież wiadomo - przepisy są głupie. Zarządzający Murowańcem nie pozwala na spanie w jadalni - wiadomo dlaczego - boi się SANEPIDU. Strażaków się nie boi - w nocy nie przychodzą na kontrolę.
Sprawa - Horolezec vs Janek. A w kontekście prawnicze wykształcenie Horolezca. Na mój tekst, nawet bez próby merytorycznej dyskusji Horolezec zareagował jednym słowem - WYPOCINY (poprzednio innemu dyskutantowi wypałował - "tak głupiego tekstu dawno nie czytałem". Gdyby Horolezec był stolarzem, mechanikiem samochodowym, rzeźbiarzem a nawet poetą to rzecz można byłoby oceniać w kategoriach dobrego wychowania a raczej jego braku. W przypadku prawnika (nawet nie wykonującego tego zawodu) spojrzenie jest inne - Horolezec jako prawnik powinien wiedzieć, że tu zachodzi kolizja z kodeksem. Za taką publiczną wypowiedź można bbyć sądzonym i w dodatku przegrać. Horolezec później pisze, że to był błąd i nawet sobie pochlebia, że potrafi się przyznać do błędu. Przeprosić jednak już nie umiał.
PS.
Nie zamierzam chodzić z tym do sądu, choć w świetle ostatniej interpretacji Sądu Najwyższego mógłbym - forum jest gazetą codzienną. Ale mam to gdzieś - w dalszym ciągu mam nadzieję, że Horolezec zrozumie, że pora wyleczyć się ze zarozumialstwa, już były tego symptomy - jak widać, przedwcześnie miałem takie nadzieję.